
Urodził się 26.IX.1895 w Würzburgu, w południowych Niemczech. W czasie I wojny światowej był już oficerem. Walczył m.in. pod Verdun - tam poznał Gottloba Bergera, późniejszego szefa Głownego Urzędu SS. W latach dwudziestych wstąpił do partii nazistowskiej [NSDAP-Nr: 1.098.716] i do SS [SS-Nr: 357.267].
W
1921 za udział w burdach ulicznych wydalono go z Akademii Handlowej w Mannheim.
Jednakże rok później otrzymał tytuł doktora nauk politycznych na Uniwersytecie
we Frankfurcie, cofnięty przez tą uczelnię w 1935, gdy Dirlewanger był sądzony i
skazany na więzienie za napastowanie małoletnich.
Został
także usunięty z SS, jednak jego dobre kontakty z SS-Oberführerem Gottlobem
Bergerem - szefem SS-Hauptamtu - spowodowały wysłanie go do Hiszpanii. Wyróżniał
się już w 1920 jako członek Freikorpsów tłumiących zamieszki robotnicze w
zagłębiu Ruhry. Na początku 1921 był w składzie załogi pociągu pancernego w
Sangerhausen (Anhalt), w czerwcu walczył na Górnym Śląsku z polskimi powstańcami
(Freikorps Holz). Od 1923 jest członkiem NSDAP, a od 1932 – dowódcą jednostki SA
(Sturmbann I/122) w Esslingen. W 1937 po opuszczeniu więzienia wstąpił do Legii
Cudzoziemskiej, walczącej po stronie gen. Franco. Rok później był już żołnierzem
niemieckiego Legionu Condor walczącego z republikanami. W 1939 po powrocie do
Niemiec ponownie wstąpił do SS i od Himmlera otrzymał przydział do jednostek złożonych z
kryminalistów, którym darowano karę w zamian za wstąpienie do "Czarnego
Korpusu".
W lipcu 1940 Dirlewanger został przyjęty
do SS. Na swój własny
wniosek utworzył i wyszkolił specjalny oddział (SS-Sonderbataillon
Dirlewanger) w ramach SS-Totenkopf. Był on początkowo złożony z
kryminalistów skazanych głównie za kłusownictwo i inne podobne wykroczenia, ale
w późniejszym okresie włączono do niego przestępców skazanych za najcięższe
zbrodnie, takie jak zabójstwo czy gwałt. Na początku 1941 oddział ten przydzielony został do wyższego dowódcy
SS i Policji w Dystrykcie Lubelskim Otto Globocnika.
Dirlewanger został komendantem obozu pracy dla Żydów w Dzikowie. Nadzorował także budowę umocnień na rzece
Bug w rejonie Bełżca, a następnie Sonderbataillon Dirlewanger
walczył z polską partyzantką w Generalnym Gubernatorstwie.
W sierpniu 1944 Sonderbataillon
Dirlewanger
został przydzielony do jednostek niemieckich dowodzonych przez gen.
Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, walczącymi z Polakami po wybuchu
powstania warszawskiego. I tym razem Dirlewanger okrył swoje nazwisko
niesławą. Jego oddziały ponownie odznaczały się wyjątkowym
barbarzyństwem, mordując, maltretując i gwałcąc licznych cywilnych
mieszkańców Warszawy oraz rozstrzeliwując jeńców
wojennych (Rzeź Woli) Za swoje zasługi w tłumieniu powstania otrzymał
awans na SS-Oberführera a 30 września 1944 dostał krzyż rycerski
żelaznego krzyża .
Po wojnie
szef sztabu generała von dem Bacha podczas składania zeznań przed polskinm
prokuratorem określił brygadę Dirlewangera w ten sposób:
"Była to raczej
gromada świń aniżeli żołnierze...". Trudno się z tym niezgodzić.
Pod koniec 1944 brutalnie tłumił także narodowe powstanie na Słowacji. W lutym 1945 Sonderbataillon Dirlewanger był podstawą utworzenia 36 Dywizji Grenadierów SS "Dirlewanger". W czerwcu 1945 Oskar Dirlewanger zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w Altshausen w Badenia-Wirtembergii. Jest możliwe, iż 1 czerwca 1945 został aresztowany we francuskiej strefie okupacyjnej przez żołnierzy polskich i następnie pobity przez nich na śmierć.

36 Dywizja Grenadierów SS "Dirlewanger" została powołana do życia w lutym 1945 r. w oparciu o brygadę "Dirlewanger". Początki tej jednostki sięgają czerwca 1940 r., kiedy Niemcy utworzyli batalion złożony z kryminalistów. Jego dowódcą był Oskar Dirlewanger – przestępca skazany za gwałt na nieletniej osobie, powszechnie uznawany za sadystę.
Jesienią 1940 r. batalion skierowano do Polski, gdzie popełnił swoje pierwsze zbrodnie. W styczniu 1942 roku jednostkę wysłano na tereny ZSRR i zaczęto uzupełniać Rosjanami, Ukraińcami i skazańcami z Wehrmachtu. W lutym 1943 służyło w batalionie 700 ludzi, w tym 300 Rosjan i Ukraińców. W maju 1943 do jednostki przybyło 500 ochotników i została ona przekształcona w pułk.
Pod koniec 1943 r. oddział Dirlewangera po raz pierwszy zetknął się z Armią Czerwoną. W efekcie został prawie całkowicie zniszczony. Jednak do lutego 1944 został odtworzony i wysłany na Białoruś z zadaniem zwalczania partyzantki. Gdy w sierpniu wybuchło powstanie warszawskie, do jego tłumienia skierowano między innymi kryminalistów Dirlewangera. Dokonali oni w mieście niezliczonej liczby zbrodni. W październiku oddział Dirlewangera rozbudowano do brygady w sile 4000 ludzi (tylko Niemcy) i wysłano do tłumienia powstania na Słowacji.
W lutym 1945 stacjonującą wtedy na Śląsku brygadę przekształcono w dywizję, ale nigdy nie osiągnęła ona właściwego stanu liczebnego. W toku dalszych walk jednostka rozpadła się, a jej żołnierze rozproszyli. Część rozstrzelali Rosjanie, a część poddała się Amerykanom. Sam Dirlewanger został jeszcze w lutym ranny i trafił do szpitala w Bawarii.

W Nadolicach spoczęli także żołnierze niemieckiej brygady SS Dirlewanger odpowiedzialni za wymordowanie 1500 mieszkańców Woli podczas powstania warszawskiego. Esesmanami dowodził Oskar Dirlewanger, którego podczas wojny wypuszczono z więzienia, żeby zorganizował frontową jednostkę złożoną z kryminalistów. Charles Sydnor Jr., amerykański historyk, w książce "Żołnierze zagłady" napisał, że podwładni Dirlewangera wsławili się m.in. krwawymi jatkami podczas tłumienia powstania warszawskiego. Hans von Krannhals, niemiecki historyk, w swej książce "Der Warschauer Auf-stand 1944" ("Powstanie warszawskie 1944") twierdził, że okrutne gwałty dokonywane na polskich kobietach przez ludzi Dirlewangera wywoływały wściekłość dowódców regularnej armii, którzy wysyłali protesty do swych zwierzchników w Berlinie.
W Nadolicach pochowano też wachmanów z obozu koncentracyjnego Auschwitz. Ober-scharführer Erich Seega z pułku SS Besslein (służyli w nim wartownicy z obozu koncentracyjnego Auschwitz) zginął 17 lutego 1945 r. w obleganym przez Sowietów Wrocławiu. Jest pochowany w bloku nr 4 nadolickiej nekropolii. W księdze cmentarnej obok jego nazwiska nie ma jednak stopnia wojskowego charakterystycznego dla formacji SS, tylko nazwa "Sturmann", oznaczająca zwykłego żołnierza. Równie trudno odnaleźć innych esesmanów. Niemcy o nazwiskach Greger, Seiffert i Sipl - upamiętnieni na tablicy "Zum Gedanken" (ku pamięci) - zostali pochowani jako zwykli żołnierze. Wszyscy trzej byli kolegami Seegi z pułku Besslein. Grób w Nadolicach ma jeszcze inny esesman z tego pułku, o nazwisku Piontek.
Cmentarz najwierniejszych z wiernych
Zdobyliśmy dowody, że w
Nadolicach uroczyście upamiętniono zbrodniarzy wojennych. Może ich tam leżeć
nawet kilka tysięcy. Na Śląsku od stycznia 1945 r. do końca wojny broniło się co
najmniej kilkanaście tysięcy esesmanów. Większość z nich zginęła, bo Sowieci
rzadko brali do niewoli esesmanów, zabijając ich na miejscu. W okolicach
Wrocławia nie ma innego cmentarza, gdzie leżą Niemcy polegli w walkach o miasto,
co oznacza, że spoczywają oni w Nadolicach.
Miesiąc przed
zakończeniem wojny w pobliżu Jeleniej Góry wojska sowieckie rozbiły 18.
Ochotniczą Dywizję Grenadierów Pancernych SS Horst Wessel. Składała się ona
m.in. z węgierskich volksdeutschów, którzy brutalnie tłumili powstanie na
Słowacji. W oblężonym od stycznia do maja 1945 r. Wrocławiu bronił się
wspomniany już pułk SS Besslein i służący w nim wachmani z Auschwitz. Karol
Jońca i Alfred Konieczny w wydanej w latach 60. monografii "Upadek Festung
Breslau" wymieniają nazwiska byłych wartowników największego obozu zagłady,
którzy polegli we Wrocławiu. O walczących w mieście esesmanach, pełniących
funkcje policyjne wobec ludności niemieckiej, wspomina w swych "Kronikach dni
oblężenia" Paul Peikert, proboszcz przedwojennego kościoła św. Maurycego.
Według Jońcy i Koniecznego, z zachowanych kartotek wojskowych
wynika, że we Wrocławiu południowo-wschodniego odcinka twierdzy bronili esesmani
z wielu rozbitych na froncie wschodnim jednostek. Także ze wspomnianej dywizji
SS Galizien, która dokonała masakry Polaków we wsi Huta Pieniacka. W okolicach
Wrocławia swój "szlak bojowy" kończyła też 35. dywizja policyjna SS oraz
niedobitki dywizji SS złożonych z Węgrów, Litwinów, Łotyszy, Estończyków,
Holendrów i Flamandów. Przed Sowietami na Śląsk uciekli również gestapowcy z
Krakowa, Warszawy, Łodzi i Radomia.
Łatwowierność rady
W październiku 2002 r. nadolicki cmentarz zamieniono w
mauzoleum, do którego ściągają wycieczki szkolne oraz turyści. Pochylają się nad
grobami oprawców. Stało się tak wskutek łatwowierności Rady Ochrony Pamięci Walk
i Męczeństwa. Wiedza o tym, kto zginął w walkach na Dolnym Śląsku, jest
powszechnie dostępna. Zanim otwarto mauzoleum, poświęcone przez metropolitę
wrocławskiego, kardynała Henryka Gulbinowicza, rada miała obowiązek weryfikacji
tożsamości żołnierzy pochowanych w Parku Pokoju. Gdyby ich identyfikacja okazała
się niemożliwa, należało zrezygnować z oddawania im hołdu, a nie ryzykować
uhonorowania członków zbrodniczej formacji.
Plany budowy na
Śląsku jednego cmentarza dla poległych na tym terenie Niemców powstały po
podpisaniu w 1991 r. traktatu między RP a RFN o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej
współpracy. Siedem lat później do Nadolic zaczęto zwozić szczątki z całego
Śląska. Prace ekshumacyjne nadzorował Narodowy Niemiecki Związek Opieki nad
Grobami Wojennymi, odpowiednik polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
(ROPWiM). Biorący udział w ekshumacjach pracownicy niemieckiego Związku Opieki
nad Grobami Wojennymi, tak jak ich polscy koledzy, wiedzieli, że wśród
odkrywanych szczątków są też prochy i kości esesmanów. Przy szczątkach
znajdowano bowiem na przykład trupie czaszki z nierdzewnego metalu, które
esesmani nosili na czapkach. Andrzej Przewoźnik, sekretarz ROPWiM, który brał
udział w uroczystościach na cmentarzu mauzoleum, w odpowiedzi na nasze
wątpliwości odpisał, że rada dostawała nazwiska ekshumowanych osób od
niemieckiej Fundacji Pamięć, która w Polsce jest przedstawicielem Niemieckiego
Związku Opieki nad Grobami Wojennymi. Jednak dane te rada weryfikowała jedynie
pod kątem "nazwisk osób skazanych wyrokami sądowymi za popełnienie zbrodni
wojennych. Osób takich nie odnaleziono". Oczywiście, że takich osób nie mogło
być, bo esesmanów na początku 1945 r., zwłaszcza tych martwych, nikt nie sądził.
Idąc tym tropem, Adolfa Hitlera też można pochować w Nadolicach z honorami, bo
choć jest on zbrodniarzem wojennym, to przecież żaden sąd go za to nie skazał.
Dalej Przewoźnik tłumaczy, że trzeba było pochować te szczątki, bo tak nakazuje
konwencja genewska. Owszem, ale ta konwencja nie narzuca, aby na cmentarzu osób
z formacji uznanych za zbrodnicze powiewała flaga państwowa, a podczas
uroczystości grano hymn narodowy.
Park wstydu
Na
nadolickim cmentarzu pochowano 12,5 tys. poległych Niemców, z czego ponad cztery
tysiące to osoby nie zidentyfikowane. W tej ostatniej grupie może być najwięcej
zbrodniarzy wojennych. Na cmentarzu jest jeszcze miejsce dla kolejnych czterech
tysięcy szczątków, wciąż odnajdywanych w prowizorycznych grobach na Dolnym
Śląsku. Cmentarz w Nadolicach jest jednym z czterech europejskich parków pokoju
- obok francuskiego La Cambe w Normandii, węgierskiego Budaöurs niedaleko
Budapesztu oraz rosyjskiej Sołogubowki w pobliżu Sankt Petersburga. Na
wszystkich tych nekropoliach spoczywają żołnierze niemieccy, ale nie z jednostek
uznanych przez prawo międzynarodowe za zbrodnicze. Cmentarze, na których
pochowano esesmanów czy gestapowców (poza terytorium Niemiec), nie są objęte
opieką państwa czy organizacji zajmujących się utrzymaniem grobów. Nie wiszą tam
flagi państwowe i nie ma mowy o organizowaniu okolicznościowych uroczystości.
Gdy w maju 1985 r. Ronald Reagan, ówczesny prezydent USA, złożył kwiaty na
cmentarzu żołnierzy niemieckich w Bitburgu w Ardenach, wybuchł skandal. Okazało
się bowiem, że leży tam kilku esesmanów. Administracja amerykańska wyraziła
potem ubolewanie.
Sprawą zbrodniarzy wojennych uczczonych na
nadolickiej nekropolii zajął się już wrocławski oddział Instytutu Pamięci
Narodowej. Dr Krzysztof Szwagrzyk zapewnia, że o wynikach śledztwa będzie
powiadomiona opinia publiczna. - Byliśmy bardzo dumni z tego, że właśnie u nas
powstał jeden z parków pokoju. Teraz mamy ogromny problem - mówi Stefan Dębski,
wójt gminy Czernica, na której terenie położona jest nekropolia.
-
Otwarcie nekropolii w Nadolicach miało służyć pięknej idei pojednania, a wyszedł
wstydliwy skandal - ocenia Stefan Bratkowski, publicysta, honorowy prezes
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. - Powinny stamtąd zniknąć wszelkie oznaki,
że nad cmentarzem trzymają pieczę polskie władze, powinna też zniknąć flaga
niemiecka - mówi Bratkowski. Park Pokoju w Nadolicach powinien być
przekształcony w zwyczajny cmentarz. Usunięcie symboli państwowych nie zmieni
jednak faktu, że to w Polsce powstał swego rodzaju panteon zbrodniarzy
wojennych.
Sławomir Sieradzki
Tekst za http://forum.1944.pl/lofiversion/index.php?t287.html
W Nadolicach Wielkich koło Wrocławia otwarto cmentarz żołnierzy niemieckich „Park Pokoju”
W ramach prowadzonej w całej Polsce przez Niemiecki Związek Ludowy Opieki nad Grobami Wojennymi (Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge) akcji porządkowania grobów niemieckich żołnierzy poległych w trakcie II wojny światowej, w Nadolicach Wielkich (gmina Czernica) koło Wrocławia otwarto 5 października br. ósmy w Polsce, a drugi na Śląsku (po Siemianowicach Śląskich Bańgowie) niemiecki cmentarz żołnierski, któremu nadano formę Parku Pokoju. Jest to trzecie miejsce pochówku tego typu na świecie - dwie pozostałe znajdują się we Francji i na Węgrzech.
Na nekropolii złożono już szczątki 12.000 żołnierzy wyekshumowanych z zapomnianych cmentarzy i mogił zbiorowych rozsianych na terenie województw dolnośląskiego i opolskiego. Docelowo na cmentarzu wojennym ma spocząć łącznie 18.000 żołnierzy niemieckich. Ich szczątki składa się do wspólnych mogił rozmieszczonych na wydzielonych kwaterach. Nazwiska osób, które uda się ustalić, są wypisywane na granitowych płytach i wpisywane do specjalnej księgi pochowanych. Pośrodku założenia ustawiono pomnik - krzyż na spłaszczonym ostrosłupie, na którego bocznych ścianach umieszczono polskie i niemieckie napisy: „Spoczywający tu zmarli zostali znalezieni na terenie województw dolnośląskiego i opolskiego”.
Cmentarz - Park Pokoju poświęcił metropolita wrocławski arcybiskup Henryk Kardynał Gulbinowicz. Na uroczystość przybyli liczni oficjalni goście: ambasador Niemiec w RP Frank Elbe, konsul generalny RFN we Wrocławiu Peter Ohr, prezydent Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge Wilhelm Lange, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik, przedstawiciele Episkopatu Niemiec, duszpasterstwa niemieckich katolików na Dolnym Śląsku, władz województwa dolnośląskiego, organizacji mniejszości niemieckiej, a także policji dolnośląskiej, Wojska Polskiego, Bundeswehry, Polskiego Czerwonego Krzyża oraz miejscowa młodzież.
Leżąca w sercu Śląska nadolicka nekropolia wojenna ma szansę zostać środkowoeuropejskim symbolem pokoju i pojednania.
Tadeusz B. Hadaś
Na otwartym niedawno niemieckim cmentarzu wojennym w Nadolicach pod Wrocławiem spoczywają żołnierze frontowych jednostek Waffen SS. Nie zostali jednak tam pochowani żołnierze ze znanych ze zbrodni wojennych dywizji SS Galizien, z brygady SS Dirlewanger oraz wachmani z załogi obozu w Auschwitz. - Nie można wykluczyć, że wśród pochowanych niezidentyfikowanych żołnierzy byli także uczestnicy zbrodni wojennych - zaznaczył jednak Przewoźnik. - Tworząc cmentarze, respektujemy wynikające z konwencji genewskiej prawo każdego żołnierza do pochówku. - Żołnierze Waffen SS, która przez Trybunał Norymberski została uznana za organizację przestępczą, nie powinni być upamiętniani na cmentarnych płytach - uważa natomiast prof. Włodzimierz Suleja, dyrektor wrocławskiego oddziału IPN. „Pamięć nie dla zbrodniarzy” Rzeczpospolita 26.02.2004 r.