Pierwsi ihrowiccy absolwenci

Dopiero gdy Polska odzyskała niepodległość, młodzież chłopska – polska i ukraińska - uzyskała dostęp  do szkół średnich. Wcześniej mogły się uczyć jedynie dzieci bogatych mieszczan, właścicieli czy dzierżawców folwarków.

Społeczność polska Ihrowicy wydała w okresie międzywojennym wielu wykształconych i wybitnych obywateli. Pierwszym inrowickim absolwentem Państwowego Gimnazjum im. Wincentego Pola w Tarnopolu był Józef Nakonieczny. Po maturze uzyskanej w 1932 r. wstąpił do szkoły podchorążych, która ukończył w stopniu plutonowego podchorążego. Pomimo starań nie został przyjęty do służby oficerskiej w Wojsku Polskim. W opinii ihrowickiej społeczności przeszkodą było jego chłopskie pochodzenie. Nakonieczny po ukończeniu podchorążówki podjął pracę na stanowisku referenta bezpieczeństwa publicznego w urzędzie powiatowym w Zborowie.

Józef Nakonieczny wywodził się z rodziny patriotycznej. Był człowiekiem obowiązkowym, uczciwym i lubianym. Od 1936 r. pełnił społecznie obowiązki komendanta Związku Strzeleckiego w Ihrowicy.

W 1936 r. rozpoczął zaoczne studia prawnicze we Lwowie. W 1937 r. został awansowany do stopnia podporucznika. W lipcu 1939 r. ożenił się ze Stanisławą Białowąs, najmłodszą córka „Małego Janka”. Ślubu udzielił im ks. Stanisław Szczepankiewicz. Uroczystość weselna była skromna. Po ślubie młodzi wyjechali do Zborowa. W sierpniu 1939 r. Józef Nakonieczny został zmobilizowany do WP. Brał udział w kampanii wrześniowej w 54 pp. Do niewoli sowieckiej dostał się 18 września. Początkowo przebywał w zatłoczonym wiezieniu w Stanisławowie. W listopadzie przewieziono go do obozu w Starobielsku. W kwietniu 1940 r. został zamordowany w Charkowie. Polacy z Ihrowicy czczą jego imię, jako ofiarę złożoną w Katyniu.

W l933 r. Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego ukończył Tadeusz Białowąs, syn Mikołaja, a wnuk "Małego Janka". Podobnie jak Józef Nakonieczny, po zdaniu matury wstąpił do szkoły podchorążych, po której awansował do stopnia plutonowego podchorążego. W I938 r. otrzymał stopień podporucznika. Pracował jako sekretarz gminy Ihrowica. Od 1936 r. razem z Józefem Nakoniecznym studiował prawo we Lwowie. Jego kontakt z Ihrowicą urwał się, gdy w czerwcu 1939 r. został powołany na ćwiczenia wojskowe. Później przyjechał tylko na kilka godzin świadkować na ślubie swojej koleżanki, Marii Białowąs, siostry Sylwestra. Po kilku dniach, znowu jako świadek, przybył na ślub swojej cioci, Stanisławy Białowąs z Józefem Nakoniecznym.

Po wybuchu wojny przez 5 tygodni dowodził kompanią żołnierzy. Po dostaniu się 20 września 1939 r. do niewoli niemieckiej spędził w oflagach ponad 5 lat. Wyzwolony przez Amerykanów zaciągnął się do Pierwszej Dywizji Pancernej gen. Mączka. Po kilku miesiącach doceniono jego zmysł organizacyjny i awansowano na komendanta czasowego obozu dla Polaków. Tam poznał przyszłą żonę Barbarę, uczestniczkę Powstania Warszawskiego. Po dwóch latach pracy na stanowisku komendanta obozu i dziewięciu latach noszenia munduru, T. Białowąs został zdemobilizowany i Osiadł w Marlow koło Londynu, gdzie mieszkał do śmierci w grudniu 2001 r. Jego pierwszy pogrzeb odbył się w Marlow, a drugi, 22 lipca 2002 r. w miejscowości Rogi k. Niemodlina, gdzie złożono jego prochy w grobie rodzinnym.

Życiorys Tadeusza Białowąsa jest charakterystyczny dla losu wielu kresowych żołnierzy, których los rzucił na Zachód. Ich osobistą tragedią było to, że po latach wojennej tułaczki nie mieli już gdzie wracać. Rodzinne Kresy nie leżały w granicach Polski, a Polska Ludowa traktowała ich jak wrogów. Nie była to Polska, o jakiej marzył dziadek Tadeusza „Mały Janko”, za jaką zginął w Legionach jego stryj Kazimierz. My jednak w takiej Polsce musieliśmy żyć, pracować i ciągle mieć nadzieję ...[22]

W 1934 r. Państwowe Gimnazjum im. Wincentego Pola w Tarnopolu ukończył Mikołaj Białowąs syn Stefana. Był wybitnie zdolnym uczniem. Posiadał wrodzony dar zjednywania kolegów. W drugim roku nauki został wybrany do sejmiku szkolnego, do którego należeli tylko najlepsi uczniowie wybrani przez swoich kolegów[23]. Po ukończeniu gimnazjum rozpoczął studia teologiczne we Lwowie, które ukończył z wyróżnieniem rezygnując ze świeceń kapłańskich. Studiował także filozofię, którą również ukończył z wyróżnieniem. W czasie wojny mieszkał i studiował we Lwowie, gdzie zdobył dyplom lekarski. Po wojnie jako lekarz pracował we Wrocławiu. Zmarł w 1999 r.

Jan Diłaj, syn Ignacego, ukończył Państwowe Gimnazjum im. Wincentego Pola w Tarnopolu w 1935 r. Po maturze pracował w urzędzie gminy w Ihrowicy. Był wysokiego wzrostu, lekko pochylony. Jak dobrze pamiętam zawsze gładko uczesany, o schludnym wyglądzie. W rozmowie ujmujący, jednocześnie poważny i grzeczny. W kwietniu 1940 r. wraz z całą rodziną został deportowany do Kazachstanu. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej i amnestii dla Polaków dostał się wraz z ojcem Ignacym do II Korpusu gen. Andersa. Zginął 25 kwietnia 1944 r. w walkach pod Monte Cassino[24].

Stanisława Białowąs, najmłodsza córka „Małego Janka”, ukończyła prywatne gimnazjum żeńskie TSL w Tarnopolu w 1934 r. Szkołą mieściła się przy ulicy Kaczały. Dyrektorką była dr Zofia Turecka, zwana przez uczennice „Ciocią Turecką”[25]. Stasia wyszła za mąż za Józefa Nakoniecznego. Ślub odbył się w 1939 r. w Ihrowicy. Młodzi zamieszkali w Zborowie. Żyli z sobą bardzo krotko. Po miesiącu męża jako oficera rezerwy zmobilizowano. Zginął w Katyniu. Stasia wróciła do matki do Ihrowicy. W kwietniu 1940 r. została deportowana do Kazachstanu wraz z bratem Mikołajem, bratową Teklą, bratanicami Kazią i Czesławą oraz bratankiem Jankiem. Po amnestii z 1942 r. wyjechała do Iraku, a następnie do Indii. Wstąpiła do słynnych "Pestek", czyli Pomocniczej Służby Kobiet II Korpusu. Z Indii została służbowo przeniesiona do Afryki, do pracy na lotnisku w Nairobi. Tam poznała i poślubiła Włocha, który przebywał w niewoli angielskiej. Po wojnie oboje wyjechali do Włoch, gdzie mieszka do obecnej chwili.

Kazimiera Białowąs, córka Mikołaja, średnią szkołę skończyła w Kołomyi. Pracował tam jako nauczyciel w szkole zawodowej Michał Białowąs, brat Mikołaja, a syn „Małego Janka”. Dzięki temu Kazia miała dogodne warunki do nauki. Razem z rodziną w kwietniu 1940 r. została deportowana do Kazachstanu. Razem z ciotką,  Stanisławą Białowąs, dostała się do PSK II Korpusu. W czasie służby też poznała włoskiego oficera, którego poślubiła. Obecnie mieszka w Toronto. Wychowała 3 córki. Jedna z córek Kazi jest uznaną artystką malarką.

        

 

Wojenna zawierucha

 

Początek wojny

Wakacje w 1939 r. upływały pod znakiem zbliżającej się wojny. Na wsi panowała atmosfera przygnębienia. Starsi ludzie ciągle dyskutowali, przypominali i opowiadali, jak zaczynała się i przebiegała I wojna światowa. We wsi toczyła się nieustanna dyskusja o sytuacji politycznej, tak w kraju, jak i na świecie. Na ścianach pojawiły się afisze z hasłami: „Silni, zwarci, gotowi”; „Nie oddamy ani guzika” itp., mające podnieść społeczeństwo na duchu. Kopano szańce, w których należało się ukrywać w czasie bombardowań. W Ihrowicy takie okopy powstały przed szkołą i domem ludowym. 14 sierpnia powołano pierwszych rezerwistów. Tego dnia do artylerii przeciwlotniczej zmobilizowano Stefana Grabasa. Już podczas tych sierpniowych dni dawało się zauważyć nienawistne spojrzenia niektórych Ukraińców, skierowane szczególnie w stronę polskich żołnierzy.

Pod koniec wakacji wojna wydała się już nieuchronna. Ihrowicką szosą rozpoczęło się przemieszczanie pojazdów wojskowych i całych taborów. 30 sierpnia rozwieszono ogłoszenia o mobilizacji mężczyzn w wieku od 18 do 45 lat. Jednocześnie nastąpił pobór koni, wozów i rowerów. W Tarnopolu na szyby naklejano paski papieru. Najczarniejsze przypuszczenia potwierdziły się w piątek 1 września 1939 r., gdy radio podało wiadomość o napadzie Niemców na Polskę.

W dzień wybuchu II wojny światowej dzieci przyszły do szkoły normalnie, jak każdego roku. Zapamiętałem lekcję religii, którą prowadził ksiądz Stanisław Szczepankiewicz. Po modlitwie powiedział nam, że minęło dopiero 20 lat od odrodzenia się Państwa Polskiego, a już wybuchła kolejna wojna. Wszyscy Polacy staną do walki, z której Polska wyjdzie zwycięsko. Nie była to lekcja religii, ale patriotyzmu. Słowa ks. Szczepankiewicza bardzo nas poruszyły. Miałem wówczas 12 lat. Rozpoczynałem naukę w 6 klasie szkoły powszechnej, której już nigdy nie ukończyłem.

Po 10 września ruch na drodze przez Ihrowicę znacznie się nasilił. Na południe, w kierunku Tarnopola przemieszczało się wojsko i ludność cywilna. Jechały samochody, motocykle, wozy konne, rowerzyści, szli ludzie z tobołkami. Wszyscy byli brudni, spoceni i zakurzeni. W naszym gospodarstwie zatrzymało się na nocleg dwóch starszych oficerów z rodzinami. Ewakuowali się z Poznania i podążali w kierunku Rumunii. Tłumaczyli nam, że nasi sojusznicy - Anglia i Francja - pomogą nam pokonać odwiecznego wroga, Niemców. Przyjechali w piątek 15 września, a wyjechać planowali za trzy dni.

Tymczasem 17 września rano usłyszeliśmy szum motorów i gąsiennic czołgów. Jeden z oficerów radośnie zawołał, że bolszewicy idą nam z pomocą. To była niedziela. Po nabożeństwie w kościele wszyscy siedzieliśmy przed domem. Oficerowie z Poznania podbudowani i pobudzeni nową sytuacją żywo dyskutowali z moim ojcem o toczącej się wojnie i planach wojennych Polski. Drogą w kierunku Tarnopola jechali już sowieccy kawalerzyści. Wszyscy podeszliśmy bliżej drogi zobaczyć „sojuszników”. Sowiecki żołnierz zapytał, czy daleko do Tarnopola. Jeden z oficerów posługując się literackim językiem rosyjskim potwierdzał kierunek na Tarnopol. Wtedy drugi z sołdatów krzyknął: „Ruki w wierch” kierując broń w stronę oficerów. Nastąpiła konsternacja, ale po stanowczym ponowieniu rozkazu podnieśli ręce do góry. Odebrano im pasy z bronią i poprowadzono w kierunku domu ludowego do dużej grupy wojska. Po chwili jeden z tych oficerów przybiegł na nasze podwórko, zabrał osobiste rzeczy i prosił ojca o wskazanie bocznej drogi do Tarnopola. Powiedział, że udało mu się uciec i będzie się przedzierał w kierunku Rumunii. Zrozumieliśmy, że wkroczenie Sowietów oznacza utratę naszej niepodległości. Bardzo mocno to przeżyliśmy.

 

Pierwsze dni „wyzwolenia”

Wydarzenia pierwszych dni wojny stały się powodem otwartej radości Ukraińców. Nawet nasi Ukraińscy sąsiedzi, z którymi żyliśmy w przykładnej zgodzie, stali się nagle jacyś inni. Zrobili się pewni siebie i zarozumiali. Mówili, że teraz będą mieć Ukrainę i nie dodawali do niej przymiotnika - radziecką. Ukraińcy dumnie paradowali po wsi, a na Polaków spoglądali z nienawiścią. Wieczorem pierwszego dnia „wyzwolenia”, po zapadnięciu zmroku grupa ukraińskiej szowinistycznej młodzieży zaczęła niszczyć polskie pamiątki narodowe. Rozbito pomnik Niepodległości, niszcząc orła i kalecząc marmurową tablicę. Później, w czasie pierwszej okupacji sowieckiej, rozebrano nawet cokół pomnika. Z dużym zapałem zabrano się do niszczenia drugiego pomnika, stojącego na placu budowy nowego kościoła. Uderzeniami młota strącono głowę Chrystusa i ramię krzyża. Głowę tę Polacy zabrali do kościoła i ustawili na ławce pod amboną.

Z pomnikiem i rzeźbą Chrystusa w cierniowej koronie dźwigającego krzyż łączy się znamienna historia. Od dewastacji pomnika upłynęło już kilka lat, gdy na dwoje małych dzieci Ukraińca Hrycia Kułyka „Maśluka”, bawiących się w gruzach spalonego domu ludowego, nagle z pietra oberwała się duża bryła betonu. Przygniecione dzieci poniosły  śmierć. Kułyk był znany ze szczególnej nienawiści do Polaków i wszystkiego co polskie. To właśnie on niszczył krzyże na grobach Polaków. Raziły go te symbole wiary, ponieważ na cokołach były polskie napisy.

 W czasie uroczystości pogrzebowych ludzie szeptali, że Hrycia „Boh skaraw” za to, że rozbijał krzyże. On sam płakał i powtarzał: „Mene Boh pokaraw, bo ja rozbywaw świati chrysty[26]. Nie dodawał tylko, że były to polskie krzyże. Może zrozumiał, że nie ma krzyży polskich i ukraińskich, że wszystkie są symbolami chrześcijaństwa.

Trzecim obiektem zniszczonym nocą 17 września 1939 r. był krzyż przed kościołem. Wykonany z drzewa dębowego, kilkumetrowej wysokości krzyż postawiono 6 marca 1913 r. jako pamiątkę obchodów 50. rocznicy Powstania Styczniowego. Wyryty na nim napis głosił: „Na pamiątkę powstania 1863 r. Parafianie Ihrowicy 6 III 1913 r.”. W każdą rocznicę odzyskania niepodległości, a także w rocznice uchwalenia Konstytucji 3 Maja, przed krzyżem stawiano kwiaty. Krzyż, który przetrwał I wojnę światową, na początku drugiej został przez szowinistów ukraińskich wyrwany z ziemi, powalony i zbeszczeszczony.

Po 17 września Ukraińcy długo nie przestawali świętować. Bardzo cieszyli się, że Państwo Polskie przestało istnieć. W tych dniach przeważnie drogą w kierunku północnym, na Załoźce i Brody, wracali w bezładzie polscy żołnierze, którzy kilka dni wcześniej podążali na południe w kierunku Rumunii. Szli przeważnie małymi grupami z uwagi na napady rabunkowe dokonywane przez młodzież ukraińską. We wsi opowiadano, że w Ihrowicy na Kazimierzowie zatrzymano dwóch polskich oficerów, których zaprowadzono do piwnicy szkolnej. Tam obrabowano ich, rozebrano i zamordowano. Nacjonalistom ukraińskim głównie chodziło o broń, pasy, mundury i inne wyposażenie wojskowe. Ale odbierali również rowery, konie, wozy i niesione tobołki.

Na drogach błyskawicznie szerzył się pospolity bandytyzm. Zauważyła to „wyzwolicielka” władza, która nie zdążyła jeszcze zorganizować aparatu „bezpieczeństwa” w terenie. Dowódca ukraińskiego frontu S. Timoszenko zmuszony był wydać 5 października 1939 r. „Odezwę do Obywateli Zachodniej Ukrainy” potępiającą organizowanie przez ukraińskich nacjonalistów pogromów ludności żydowskiej i polskiej. Zwracał się również do ludności o wydawanie organizatorów i sprawców zbrodni w ręce władz sowieckich[27].

 

Pierwsza okupacja sowiecka

Polakom trudno było pogodzić się z utratą niepodległości. W rozmowach prowadzonych miedzy gospodarzami słowo "niepodległość", zaczęto wymawiać uroczyście, podkreślając jego wartość. Tymczasem co dzień przybywało Polakom upokorzeń i zmartwień. Obowiązkowo trzeba było chodzić na mityngi i zebrania, na których gloryfikowano ustrój radziecki. Zajęcie Kresów nazywano wyzwoleniem „zachidnoj” Ukrainy spod jarzma burżuazyjnej Polski. Słowa te kłuły w uszy, a po policzkach wielu Polaków, w tym i mnie, kilkunastoletniego chłopca, spływały łzy. Polskie budynki użyteczności publicznej przeszły w ręce Ukraińców. W sali domu ludowego, z takim poświeceniem budowanego przez polską społeczność, teraz w zła pogodę urządzano zebranie wiejskie i polityczne mityngi.

Zimą na przełomie 1939 i 1940 r. w czasie jednego z zebrań doszło do głosowania nad losem osadników polskich zamieszkujących pobliskie kolonie - Obręczówka, Kalinka, Korczunek i Kazimierzów (Chomy). Polaków tych, jako wrogów Ukrainy, proponowano wypędzić. Na zebraniu tym byłem z młodszym bratem Kazimierzem. Wysłani zostaliśmy tam, by pilnie słuchać i zapamiętać wszystko, o czym będzie mowa. Podczas głosowania, na pytanie, „czy wyhnaty Mazuriw?[28], wypełniona sala huczała gromkim krzykiem „wyhnaty! wyhnaty!” wznosząc coraz wyżej zaciśnięte pięści.

Na zebraniu zabierali głos również Ukraińcy o bardziej umiarkowanych poglądach, którzy mówili, że jest zima, a Polacy to też ludzie i nie po chrześcijańsku jest teraz ich wyganiać. Jednak wypowiedzi te zostały wygwizdane i zakrzyczane.

Na zebraniu obecny był delegat regionu Hłuboczek Wielki, Rosjanin, który bacznie obserwował głosujących i notował nazwiska dyskutantów sam nie zabierając głosu.

Głosowanie podniosło temperaturę zebrania. Wśród różnych okrzyków ktoś zaintonował hymn „Szcze ne wmerła Ukraina”. Tłum podchwycił melodię, a siedzący z przodu powstali z miejsc. Zajmujący miejsce za stołem prezydialnym nie wiedzieli co robić. Jedni wstali, inni siedzieli. Oficjalnie obowiązywał wówczas hymn radziecki, a nie narodowy ukraiński. Wszyscy bacznie obserwowali Rosjanina, który nieporuszony spokojnie siedział. Za jego przykładem prezydium też usiadło. Jednak reszta zebranych nie zauważyła tego i rozpoczęła drugą zwrotkę. Kiedy wreszcie sala ucichła, prowadzący miting skorzystał z okazji i szybko zakończył zgromadzenie.

Po kilku tygodniach NKWD rozpoczęło aresztowania Ukraińców aktywnych w czasie zebrania. Nie zmartwiło to szczególnie Polaków, którzy przyjęli z pewną ulgą i satysfakcją skarcenie przez Sowietów nacjonalistów ukraińskich manifestujących swoją nienawiść do Polaków.

 DALEJ