Niemiecki kontyngent

Po zajęciu Podola przez Niemców sytuacja mieszkańców uległa pewnej zmianie. Nowy okupant traktował wieś podolską jako bazę zaopatrzeniową. Czerpał stąd żywność i tanią siłę roboczą.

Szybko zorganizowano niemiecką administrację wiejską opartą na aktywistach ukraińskich. Na rolników nałożono olbrzymie kontyngenty żywnościowe. Nieomal cała produkcja rolna musiały być oddana. Aby uniemożliwić dokonywanie pokątnego uboju zwierząt wprowadzono kolczykowanie.

Jednak system ten nie był szczelny, a ponieważ w miastach panował głód, rozkwitł handel wymienny miedzy miastem a wsią. Za produkty żywnościowe można było dostać w mieście wiele cennych wówczas towarów, takich jak meble, kosztowności, ubrania czy pościel.

W drugiej połowie lipca 1941 r. okupant zarządził przegląd koni i wozów konnych. Odbywał się on na błoniach w południowej części wsi. Pojechałem tam z ojcem. Trzeba było przejechać przed grupą Niemców, którzy dokonywali oceny koni, a następnie rekwirowali najbardziej okazałe na potrzeby wojska. Rozstawieni wzdłuż drogi hitlerowcy strasznie bili zarówno konie, jak i ludzi. Szczęśliwie uniknęliśmy popędzania nahajką, a i nasze konie nie spodobały się „kupcom”.

Jeszcze nie znaliśmy takiego traktowania Polaków przez Niemców, wiec wróciliśmy do domu oburzeni i pełni gorzkich uwag. Gdy opowiadaliśmy o tym wydarzeniu, pamiętam, że wujek Sylwester Białowąs nazwał je czystym barbarzyństwem.

 

Ostatnia wspólna modlitwa

Przed II wojną światową często odbywały się we wsi wspólne polsko-ukraińskie uroczystości religijne. Jedną z nich był pogrzeb parocha Wąsa, wielkiego patrioty ukraińskiego, choć z pewnością nie ukraińskiego nacjonalisty. Jego pogrzeb odbył się niedługo przed wybuchem wojny. W pochówku tym uczestniczyły tłumy Ukraińców i Polaków.

Podobnie uroczysty pogrzeb jednoczący obie narodowości po raz ostatni odbył się w Ihrowicy za okupacji niemieckiej. Grzebany był Jan Łysy, Ukrainiec śmiertelnie postrzelony w rejonie wsi Mszaniec na drodzę do Berezowicy Małej.

Ihrowicę dzieliło od Bezerowicy Małej 7 km. Na najwyższym wzniesieniu miedzy tymi dwoma wsiami Niemcy zbudowali węzeł łączności w pasie korytarza lotniczego. Stad prowadzono rozmowy za załogami przelatujących samolotów. Żołnierze łączności obsługujący ten węzeł zaopatrywali się w żywność w okolicznych wsiach. Zimą, kiedy drogi były nieprzejezdne dla samochodów, sołtysi obowiązani byli udostępnić furmana z końmi na potrzeby wojska. Jako pierwszy na podwodę został wyznaczony Jan Łysy, ukraiński gospodarz z Ihrowicy mieszkający na Głębokiej Dolinie. Dosięgła go kula, gdy wiózł zaopatrzenie z Załoziec.

Tragicznie zmarły był Ukraińcem, a jego żona - Polką. Uroczystości pogrzebowe odbyły się więc w cerkwi, ale z udziałem również miejscowego księdza  rzymskokatolickiego, Stanisława Szczepankiewicza. Uczestniczyli w nim czterej żołnierze niemieccy, którzy maszerowali obok trumny, a nad mogiłą oddali trzy salwy honorowe.

W pogrzebie brało udział wielu Polaków i Ukraińców nie tylko z Ihrowicy, ale i okolicznych wsi. Na życzenie żony zmarłego, Domiceli, księża - rzymskokatolicki i greckokatolicki - wspólnie odprowadzali ciało do grobu. Odmawiano modlitwę w języku polskim i w ukraińskim. Głównym celebransem był ks. grekokatolicki Paroch, który ze szczególną kurtuazją odnosił się do ks. Szczepankiewicza, prosząc go o rozpoczęcie modlitw. Chór kościelny śpiewał żałobną pieśń Chopina „W mogile ciemnej śpisz na wieki”. Z kolei chór cerkiewny popisał się pięknym śpiewem swoich pieśni żałobnych. Wszyscy podziwiali baryton diaka Macijewicza. W czasie Mszy Św. i uroczystości pogrzebowych przedstawicie obydwu nacji stali obok siebie wspólnie się modląc. Przestało się liczyć to, czy zmarły był Polakiem czy Ukraińcem. Wszyscy żegnali sąsiada, bardzo porządnego człowieka.

Zgoda ta i współczucie nie trwały jednak długo. Po pogrzebie żonę zmarłego, Domicelę Łysą z domu Jaworską „Bas”, spotkało wiele przykrości ze strony ukraińskich nacjonalistów. Mieli jej za złe, że do udziału w pogrzebie zaprosiła ks. Szczepankiewicza.

Była to ostatnia wspólna uroczystość Polaków i Ukraińców w Ihrowicy świadcząca o tym, że obie społeczności mogą żyć obok siebie w zgodzie i przyjaźni, tak jak żyły tu przez dziesiątki, a nawet setki lat.

 

Pogrzeb Iwasia Zahaluka i Mykoły Widłowkoho

W 1943 r. w Tarnopolu Niemcy zorganizowali tzw. bandiest, czyli kompanie robocze składające się z Polaków i Ukraińców. Powołano do nich roczniki 1921 – 1923. Kompanie te pracowały przy dworcu kolejowym, na torach oraz przy budowie dróg na potrzeby transportu wojennego.

Pracujący w bandieście chłopcy byli skoszarowani i podlegali dyscyplinie wojskowej. Co pewien czas dostawali jednak przepustki, by mogli odwiedzić swoje rodziny. Korzystając z takiej przepustki z Tarnopola do Ihrowicy przyjechał Iwaś Zahaluk i Mykolcia Widłowski. Obaj postanowili już nie wracać do bandiestu. Pewnego dnia wybrali się pieszo do pobliskiej kolonii Chomy. Gdy minęli ostatnie domy we wsi, zauważyli za sobą samochód wojskowy jadący w ich kierunku. Myśląc, że to Niemcy jadą po nich, zaczęli uciekać w kierunku Głębokiej Doliny. Niemcy otworzyli ogień z broni automatycznej. Strzały były celne - Iwaś Zahaluk i Mykolcia Widłowski ponieśli śmierć.

Ukraińcy, a szczególnie ukraińscy nacjonaliści, nie mogli pogodzić się z przypadkową śmiercią swoich kolegów. Jak się później okazało, Niemcy nie jechali tego dnia akurat po nich. Jednak Ukraińcy obarczyli winą za śmierć swoich bliskich Polaków, a to dlatego, że jeden z Niemców umiał trochę mówić po polsku.

Pogrzeb Zahaluka i Widłowkoho odbył się w niecodziennej, wieczornej scenerii. Po modłach w cerkwi kondukt żałobny oświetlony zniczami i dziesiątkami świec, z chorągwiami, sztandarami, w asyście czot (czyli plutonów) przeszedł na cmentarz. Obok mogiły ustawiono podium, z którego przemawiali nacjonaliści. Nie były to zwykłe mowy pogrzebowe. Nacjonaliści zapewniali zmarłych i ich najbliższych, że śmierć Ukraińców będzie pomszczona, a odwieczni wrogowie, Lachy, poniosą karę.

Byłem wtedy na cmentarzu i słuchałem tych gróźb, od których włosy jeżyły mi się na głowie. Ogarnął mnie strach. Ostrożnie wycofałem się z cmentarza i pobiegłem do domu, gdzie zdałem relację o tym, co widziałem i co usłyszałem[32].

 

Ukraińska wdzięczność

Wczesną wiosną 1943 r. zaczęły docierać do Ihrowicy pierwsze wieści o mordach wołyńskich. W wysiłkach uchronienia swoich parafian przed zbliżająca się fala zbrodni nie ustawał niekwestionowany przywódca duchowy Polaków w Ihrowicy, ks. proboszcz Stanisław Szczepankiewicz. Wydawało się, że ma duże szanse na obronę Polaków od ukraińskiej nienawiści. Ważną rolę odgrywały tu jego osobiste zasługi. Ks. Szczepankiewicz od lat bezinteresownie leczył zarówno Polaków, jak i Ukraińców. Niektórzy z nich zawdzięczali mu życie i zdrowie, a nawet – jak się okazało - dożyli późnej starości. Z groźnej choroby wyleczył np. Omeliana Widłowskiego, którego ojciec Stefan był aktywnym banderowcem. Nie bacząc na to, ks. Szczepankowski chodził do niego rano i wieczorem. Podobnie troszczył się i wyleczył Ihora Nakoniecznego chorującego na dyzenterię. Mykoła Kuć, za okupacji niemieckiej wójt Ihrowicy, chorował na niedowład kończyn dolnych. Nie mógł już chodzić, lecz ksiądz wyleczył go ziołami i zdobytymi gdzieś lekarstwami. Podobnie było z Anną Sapun „Dumą”. Wobec długotrwałego opuchnięcia kolana sprawiającego wielki ból lekarze w Tarnopolu zadecydowali o amputacji nogi. Anna nie zgodziła się. Udała się do księdza, który wyleczył ją ziołami. O swojej wdzięczności Anna Sapun pamiętała również po napadzie na Ihrowicę i zamordowaniu księdza. Gdy inni Ukraińcy bali się głośno mówić o wigilijnym mordzie, ona nazywała tę zbrodnię po imieniu.

Pamięć o ksiedzu-lekarzu żyła wśród Ukraińców długo po ekspatriacji Polaków. Nawet ihrowiccy banderowcy, którzy kryli się w ziemiankach „w chłodzie, głodzie i smrodzie” żałowali ponoć, że nie wydobyli od księdza przed zabiciem receptury ma maść przeciw świerzbowi. Ta bowiem, którą im za życia sporządzał, doskonale leczyła tę przypadłość.

 

Trzej „misjonarze”

Narastającemu zagrożeniu Polaków ze strony Ukraińców wiosną 1944 r. miały przeciwdziałać wspólne rekolekcje wielkopostne. Poprowadzili je w cerkwi trzej misjonarze grekokatoliccy. Ks. Szczepankiewicz wielokrotnie zachęcał Polaków do uczestnictwa w rekolekcjach i wieńczącej je uroczystości.

Polacy dość licznie wzięli udział w procesji, która poprzedzała uroczystości zakończenia rekolekcji. Każdy był zaniepokojony wieściami dochodzącymi z Wołynia i chciał usłyszeć, co powiedzą misjonarze uniccy.

W procesji  grekokatolicy wspólnie z łacinnikami nieśli na ramionach masywny, dębowy krzyż. Było dosyć ciepło, wiał lekki, południowy wiatr. Procesja zdążała ku najwyższej w okolicy górze zwanej Dyblanką, by tam na pamiątkę kończących się rekolekcji ustawić przyniesiony symbol wiary.

Na szczycie wzgórza rozpoczęła się ceremonia poświęcenia miejsca, na którym miał stanąć krzyż. Ku zaskoczeniu Polaków uroczystość religijna zamieniła się w mityng polityczny przepełniony wrogością wobec wszystkiego, co nie ukraińskie. Szokująco brzmiały słowa padające z ust osób duchownych zachęcające do likwidacji innych narodowości mieszkających na tej ziemi. Jeden z kaznodziejów posłużył się słowami przypowieści o kąkolu, który należy wyplenić  z „naszej ukraińskiej pszenicy".

Brzmiało to jak oficjalne błogosławieństwo cerkwi greckokatolickiej dla nacjonalistycznych haseł unicestwienia Polaków na Kresach, a zarazem usankcjonowanie zbrodniczej działalności banderowskich bojówek OUN–UPA.

Słuchając tych kazań odniosłem wrażenie, że Polacy i Ukraińcy modlą się do dwóch różnych Bogów. Taką opinię podzielała większość Polaków obecnych na rekolekcjach. Wyraźnie nie spełniły się nadzieje ks. Szczepankiewicza, aby wspólne dźwiganie krzyża - symbolu wiary w jednego Boga - tak jak wspólne znoszenie cierpień ze strony hitlerowskiego okupanta - zjednoczyły lokalną społeczność. Stało się coś wręcz przeciwnego.

W tłumie składającym się głównie z Ukraińców, słowa unickich misjonarzy przyjęto z aprobatą. Szczególne manifestowała ją ukraińska młodzież ubrana w narodowe stroje. Jednak ludzie starsi, także niektórzy Ukraińcy, okazywali zdziwienie i zakłopotanie zaistniałą sytuacją. Stwierdzenia, że Podole to ziemia ukraińska przeznaczona tylko dla Ukraińców, że należy ją oczyścić z obcych narodowości, a błogosławić ma temu krzyż widoczny z Ihrowicy i okolic - wzbudzały najwyższe zaniepokojenie. Wyraźnie nie chodziło tu tylko o wyzwolenie tej ziemi spod okupacji hitlerowskiej ... 

Po usłyszeniu pełnych grozy słów Polacy zaczęli niepostrzeżenie opuszczali uroczystość. Odchodzili do swoich domostw pytając jeden drugiego, jak to możliwe, żeby we wsi, w której od wieków wszyscy żyli zgodnie, osoby duchowne wygłaszały podobne hasła. Od czasu tych rekolekcji, zamiast o pojednaniu w wielu polskich rodzinach zaczęto poważnie myśleć o samoobronie. Wzmacniano i zabezpieczano drzwi i okna, przygotowywano schrony i kryjówki.

 

Ukraiński kopiec pamięci

Na najwyższym ihrowickim wzniesieniu, górze zwanej „Nad źródłami”, w 1943 r. Ukraińcy usypali kopiec ku czci i pamięci rządu Jarosława Stećko.

Rząd ten proklamowano 30 czerwca 1941 r., pierwszego dnia po zdobyciu Lwowa przez wojska niemieckie. Choć metropolita greckokatolicki abp. Andriej Szeptycki w liście pasterskim uznał nowy rząd ukraiński i wezwał społeczeństwo do podporządkowania się mu, „państwo ukraińskie” przetrwało niecały tydzień. Hitler nakazał Himmlerowi „zrobić porządki z tą bandą”, a 5 lipca gestapo aresztowało Jarosława Stećko, Stepana Banderę oraz innych członków samozwańczego rządu[33]. Był to wielki cios dla nacjonalistów ukraińskich uważających się za sojuszników Niemiec hitlerowskich. Bardzo ich to dotknęło. Przestali okazywać swą wyższość, chodzili po wsi przygnębieni. Według krążącej po wsi anegdoty, jeden z Ukraińców idąc ulicą tak był smutny i zamyślony, że aż rozbił głowę o słup telefoniczny.

 Przy robotach ziemnych przy sypaniu kopca odkryto dużą ilość pocisków artyleryjskich z czasów I wojny światowej. Dzieci w wieku 12-13 lat wykradały pociski, rozkręcały je i wydobywały z nich kulki do zabawy. Pewnego dnia po szkole dwóch chłopców wdrapało się na górę zabierając ze sobą pocisk artyleryjski. Gdy próbowali go rozkręcić nastąpiła eksplozja, która rozerwała dzieci. Jednym z chłopców był 12 letni Tadzio Komański z Korczunku.

Usypany przez Ukraińców kopiec był mało widoczny ze wsi. Widać było jednak dobrze krzyż ustawiony na jego szczycie. Po zakończeniu prac i uroczystym przecięciu wstęgi spod cerkwi wyruszyła procesja z chorągwiami i sztandarami. Młodzież ubrana była w stroje narodowe, a wystąpienia nacjonalistów ihrowickich - bardzo ostre. Oskarżano Polaków, że żyją na ukraińskiej ziemi, zapowiadano zrobienie z tym porządku. Nie zdradzano jednak, w jaki sposób.

Pod koniec lata 1943 r. z ust ukraińskich nacjonalistów padały już wyraźne zapowiedzi, że „ukraińska ziemia” będzie oczyszczona. Jedynym – jak się wydawało – ratunkiem dla Polaków były odgłosy zbliżającego się od wschodu frontu. Mimo tragicznych doświadczeń gorąco modliliśmy się o jak najszybsze przybycie Armii Czerwonej.

 

Organizowanie samoobrony

Od wiosny 1943 r. dla Polaków stało się jasne, że wobec rosnącego zagrożenia ze strony ukraińskich nacjonalistów, muszą się uzbroić i jakoś zorganizować. W sprawie zdobycia broni dogadywano się z Węgrami wycofywanymi w tym czasie z frontu wschodniego. Chętnie wymieniali oni broń za żywność lub po prostu sprzedawali. Tak uzbroiło się kilka polskich domów w Ihrowicy.

Konieczne stało się również ustalenie sygnałów alarmowych. Nie było to łatwe, gdyż we wsi rozciągniętej na 5 km gospodarstwa polskie były wymieszane z ukraińskimi. Członkowie AK namówili ks. Szczepankiewicza do przeniesienia sygnaturki z kościoła na plebanię. Uznano, że donośny dźwięk dzwonu będzie dobrym sygnałem alarmowym dla całej wsi. Ponadto sygnaturka na plebani stanowiła pewne zabezpieczenie także dla samego ks. Szczepankiewicza, który - jako przywódca duchowy ihrowickich Polaków - narażony był na największe niebezpieczeństwo.

 

Udaremniona wysyłka polskiej młodzieży

Komendantem placówki AK w Ihrowicy był Antoni Drzewiecki. Po jego śmierci, 22 stycznia 1944 r., placówkę objął Kazimierz Biskupski. Działalność organizacji ograniczała się do analizy ówczesnej sytuacji politycznej, obserwacji stanu zagrożenia ludności polskiej szczególnie ze strony ukraińskich nacjonalistów, kolportażu okręgowych biuletynów AK, zapobieganiu różnym antypolskim akcjom.

Wiosną 1943 r. w czasie jednego z zebrań, delegat AK z Tarnopola ujawnił sporządzoną przez Ukraińców listę młodych Polaków przeznaczonych do wywózki na roboty do III Rzeszy. Intryga polegała na tym, że Ukraińcy zamierzali wyekspediować na te roboty wyłącznie młodzież polską. Jednak listę wykradli Polacy pracujący w Arbeitssamcie. Sporządzili oni naprędce drugi wykaz, na którym umieścili nazwiska samych młodych Ukraińców. Zamieniony dokument powędrował do Urzędu Pracy w Tarnopolu.

Zdumienie ihrowickich Ukraińców nie miało granic, gdy Niemcy przyjechali po kontyngent i zaczęli wyczytywać same ukraińskie nazwiska. Jednak w wyniku zabiegów ukraińskich władz gminnych, na roboty wysłano mniejszą grupę młodzieży obydwu narodowości.

 

Morderstwo ks. Karola Procyka

Ks. Karol Procyk w latach 1907-1909 sprawował funkcję ekspozytora, czyli proboszcza niestałego, parafii w Ihrowicy. Bardzo przyjaźnił się z „Małym Jankiem”. Obydwaj działali w Towarzystwie Szkół Ludowych zaszczepiając wśród miejscowej ludności idee polskości i ducha patriotyzmu.

Druga wojna światowa zastała go na probostwie w  Baworowie. Naraził się UPA w 1943 r. za organizowanie pogrzebów ofiar banderowskich mordów. W pogrzebach tych uczestniczyli Polacy nie tylko z miejscowej parafii, ale z całej okolicy. Był to rodzaj demonstracji wobec banderowców, jak liczni i zorganizowani są żyjący tu od pokoleń Polacy. Nacjonaliści wydali na ks. Procyka, a także na ks. wikariusza Ludwika Rutynę i organistę Szymona Wiśniewskiego, wyroki śmierci.

Pierwszy, nieudany napad na plebanię nastąpił 28 października 1943 r. Drugi, tragiczny w skutkach, bandyci przeprowadzili 2 listopada 1943 r. o godz. 18. Najpierw sterroryzowali służbę w kuchni, a następnie pięciu napastników wtargnęło do pokoju ks. Procyka, gdzie przebywali wszyscy poszukiwani przez UPA mężczyźni. Jedynie młodszemu wikaremu udało się przeżyć. Widząc napad szybko cofnął się do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz. Kiedy bandyci zajęli się ich wyważaniem, ksiądz wyskoczył przez okno. Uciekając wzywał pomocy.

Tymczasem oprawcy przebili bagnetem stawiającego opór księdza Procyka, powalili go na podłogę, włożyli knebel do ust i skrępowanego wynieśli z domu. Po wrzuceniu księdza na wóz odjechali. Organistę Szymona Wiśniewskiego zastrzelili na miejscu w pokoju. Ciała ks. Procyka nigdy nie odnaleziono.

 

Mord Polaków w Berezowicy Małej

Na początku lutego 1944 r. Mykoła Kuć, sołtys Ihrowicy, wspólnie z Niemcami wyznaczał z każdego domu ludzi do pracy przy budowie umocnień obronnych. Słychać już było strzały artyleryjskie z linii frontu, więc Polacy uznali, że niebezpieczeństwo napadu UPA jest już niewielkie.

Jednak niektórych mieszkańców Ihrowicy, wbrew powszechnemu uspokojeniu, nie opuszczał niepokój. Mój ojciec ze szwagrem Stefanem Grabasem czuwali całą noc z 22 na 23 lutego 1944 r. Przeczuwając, że dzieje się coś złego, siedzieli w sieni naszego domu i rozmawiali szeptem. Domownikom ojciec przykazał spać w ubraniach. Przed świtem ojciec ze szwagrem widzieli, jak wracał do domu nasz niedaleki sąsiad, Ukrainiec Wołodymyr Ostiak „Kuź”. Uchodził on za „rezuna”. W pobliżu naszych zabudowań padł strzał, który ranił go w nogę.

Dopiero rano dowiedzieliśmy się o wymordowaniu Polaków w Berezowicy Małej. Wiadomość ta spadła na wieś jak grom z jasnego nieba. Jednej nocy zamordowano tam 131 osób, 40 spalono żywcem. Splądrowano polskie domy, a te, które nie graniczyły z obejściami Ukraińców, spalono. Berezowica Mała leżała w odległości zaledwie o 7 km od Ihrowicy. Owej tragicznej nocy zaniedbano tam wystawienia nocnych posterunków[34].

Jak się później okazało, Włodymyr Ostik, który najprawdopodobniej wracał właśnie z napadu na Berezowicę, postrzelił się przypadkowo sam. Jednak wśród swoich głosił, że strzelał do niego Stefan Grabas. Sławka Ościak, Ukrainka, szkolna koleżanka mojej siostry, ostrzegała nas, że banda miejscowych nacjonalistów wydała na Grabasa wyrok śmierci. Od tej chwili Stefan nie rozstawał się z bronią i przeważnie nocował poza domem.

Uratowani z pogromu Berezowiczanie uciekali do Tarnopola przez Ihrowicę. Na furmankach wieźli sprzęt domowy i żywność. Niektórzy zatrzymali się u krewnych w Ihrowicy. Mówili, że napadu dokonali Ukraińcy z Wołynia przy udziale miejscowych band. Sądzili, że Ihrowica, jako bardziej oddalona od Wołynia, jest dla Polaków bezpieczniejsza.

Po mordzie w Berezowicy Małej Polacy z Ihrowicy czekali na Armię Radziecką jak na „zbawienie”. Widzieli w niej wyzwolicielkę z niewoli lęku, strachu, ciągłego czuwania dniem i nocą.

 DALEJ