Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy w 1944 roku – Jan Białowąs

 

 

„... jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”

Mieczysław Albert Krąpiec O.P.

 

Świadectwa naocznych świadków zbrodni dokonanych przez bandy OUN-UPA na Polakach zamieszkujących od pokoleń Kresy są w dużej mierze pomijane w wielu określanych jako „naukowe”, a faktycznie pseudonaukowych dyskusjach na temat tamtych wydarzeń. Niektórzy historycy specjalizujący się w tematyce stosunków polsko-ukraińskich nie dosyć pilnie i rzetelnie zwracają uwagę na fakty, które od razu oplatają pozornie naukowymi teoriami. Mowa w nich o wzajemnych walkach między Polakami a Ukraińcami, o domniemanym konflikcie polsko-ukraińskim, o jakiejś akcji OUN-UPA, bez jasnego stwierdzenia, że chodzi po prostu o zbrodnię ludobójstwa dokonaną na narodzie polskim.

Tymczasem wymowa faktów jest jednoznaczna. Walk polsko-ukraińskich na Kresach w latach 1939-1945 w zasadzie nie było. Bandy UPA prowadziły zbrodniczą eksterminację ludności polskiej w sytuacji przyzwolenia i życzliwości okazywanych im tak przez siły okupacyjne niemieckie, jak i bolszewickie. Ukraińskie rzezie zaskoczyły Polaków, którzy byli w zasadzie bezbronni i niezdolni do podjęcia walki.

     Książka pana Jana Białowąsa dostarcza niezwykle cennego materiału do opracowania prawdziwej historii wydarzeń, jakie rozegrały się na Kresach w latach ostatniej wojny. Można w niej znaleźć wiele relacji bezpośrednich świadków, wiele jest też głosów drugiego pokolenia Kresowian wypędzonych z rodzinnych ziem. Opisy przeżyć związanych z faktem nieludzkich mordów niewinnych ludzi – starców, kobiet, dzieci, niemowląt – przez bandy nacjonalistów ukraińskich stały się okazją do pisania listów o tych przeżytych zdarzeniach. Dobrze, że Jan Białowąs obficie je w swojej książce przytacza.

Niestety wielu historyków dość lekceważąco odnosi się do relacji Kresiowan z tamtych strasznych czasów twierdząc, że najważniejsze są dokumenty zamknięte w archiwach, a obecnie częściowo i selektywnie ujawniane. Trudno się zgodzić z takim podejściem. Dokumenty pisane stają się najważniejszymi źródłami wiedzy historycznej wtedy, gdy nie ma bezpośrednich świadków wydarzeń. Gdy bada się historie Średniowiecza czy Mezopotamii trzeba się opierać na zachowanych dokumentach, bo innej drogi nie ma. Ale jeśli historyk nie liczy się z żyjącymi ludźmi, którzy bezpośrednio doświadczyli tego, co się stało, to tworzona przez niego historia niewiele jest warta. Stosowanie w najnowszej historii metody historycznej, którą bada się odległe wieki, jest nieporozumieniem. Istnieją całe biblioteki fałszywych książek i dokumentów tworzonych np. przez hitlerowców czy bolszewików. Ukraińscy nacjonaliści mieszczą się w tej samej kategorii zbrodniarzy przeciwko ludzkości. Ich dokumenty mają tu wartość drugorzędną w stosunku do bezpośrednich świadków ich zbrodni.

Dlatego stanowczo twierdzę, że jeśli dziś – gdy jeszcze żyją bezpośredni świadkowie zbrodni na Kresach, jak np. pan Białowąs -  ktoś uważa, że sowieckie czy ukraińskie archiwa są najważniejsze w ustaleniu prawdy o ludobójstwie na Kresach, to z pewnością nie chodzi mu o ustalenie prawdy, lecz o cele, których można się tylko domyślać.

Nawet jeśli Kresowianie, którzy przeżyli banderowskie rzezie, do dziś reagują na wydarzenia sprzed 60 lat w sposób bardzo emocjonalny, to tylko potwierdzają tym prawdziwość swoich relacji. Oni tych strasznych faktów nie stworzyli, lecz je bezpośrednio przeżywali jako ofiary zbrodni. Dlatego nie można pomijać ich relacji jako pierwszoplanowego źródła wiedzy.

Niestety w Polsce publiczny dyskurs na temat czystek etnicznych na Kresach prowadzony jest w sposób urągający zasadzie wyświetlania prawdy. Ludzie zaangażowani w nim z urzędu zdają się zapominać o podstawowych zasadach tego rodzaju debaty.

Po pierwsze, należy w niej liczyć się z faktami. Mówi się, że dżentelmeni nie dyskutują o faktach, tylko je stwierdzają. Nie można negować, czy pomijać milczeniem faktów powszechnie i jednoznacznie potwierdzanych w relacjach osób – bezpośrednich świadków. Zaprzeczenie istnienia tych faktów jest równoważne z zanegowaniem rzeczywistości - to kłamstwo najbardziej pierwotne, szkodliwe zarówno dla nauki i kultury, jak i dla życia ludzkiego w aspekcie indywidualnym i społecznym.

     Drugim nadużyciem stosowanym nagminnie w dyskusjach polsko-ukraińskich jest osłabianie wymowy faktów. Niektóre fakty, które są tak oczywiste i udokumentowane, że nie można ich zanegować, zniekształca się, ogranicza ich zasięg, przytacza się wybiórczo, nadaje się im kolejność nie odpowiadającą rzeczywistej itp. Chodzi o to, aby fakty te straciły swoją jednoznaczną wymowę.

     Trzeci rodzaj manipulowania faktami, to umieszczanie ich w kontekście spraw, które narzucają pewne określone, lecz fałszujące rzeczywistość, interpretacje. W tym właśnie celuje duża część naszej publicystyki na temat zbrodni na Kresach. Interpretacja faktów dokonuje się w kontekście wątpliwych, nieistotnych dla sprawy lub wręcz nieprawdziwych zdarzeń.

     W dyskusjach polsko-ukraińskich i planach pojednania między naszymi narodami nie widać znaczących postępów właśnie ze względu na istnienie tych trzech form zakłamania w odsłanianiu naszej tragicznej przeszłości: negacji faktów, manipulowania nimi, a także ustawiania ich w niewłaściwym kontekście.

Pewną manipulację widać też w inicjatywie zaplanowanych na lato 2003 r. obchodów 60. rocznicy masowych zbrodni na Wołyniu, traktowanych jako centralne uroczystości rozliczeniowe między Polakami a Ukraińcami. Dlaczego w tym kontekście mówi się tylko o Wołyniu, ograniczając sprawę zbrodni nacjonalistów ukraińskich na Polakach do tego województwa? Przecież podobne, masowe rzezie były dokonywane również w województwie tarnopolskim, które należy do Podola, a nie do Wołynia. Tak został wymordowany cały powiat zbaraski, powiat zborowski i inne. Śmiertelne ofiary tego ludobójstwa szły w dziesiątki tysięcy. W mojej rodzinnej Berezowicy Małej Ukraińcy dopuścili się jednej nocy 131 potwornych zbrodni. I o tym już nie będziemy mówili, usuniemy z narodowej pamięci, bo to już Tarnopolszczyzna, a nie Wołyń? Od razu widać w tym manipulacje, chęć pomniejszenia rozmiarów ludobójstwa na Kresach.

A przecież fala zbrodniczego terroru rozlała się z terenu Wołynia po województwie tarnopolskim, stanisławowskim, lwowskim, a nawet lubelskim. Jakżeż można problem ukraińskich zbrodni na Polakach okrajać tylko do województwa wołyńskiego? Do fałszywych wniosków może też doprowadzić porównywanie zaniżonej liczby polskich ofiar zbrodni UPA popełnionych tylko na Wołyniu, z zawyżonymi stratami wśród ludności ukraińskiej, która przecież ginęła także z rąk swoich ukraińskich współbraci z UPA karzących „nieposłuszeństwo”. Niestety często dochodzi do tego rodzaju zabiegów.  

     Trudno też do końca zrozumieć motywy tak usilnych starań niektórych gremiów o skierowanie przez Polaków do Ukraińców słów „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Dlaczego Polacy mają prosić Ukraińców o przebaczenie? Czyżby za to, że ujawnili część prawdy o ludobójstwie na Kresach? A może za to, że przed wojną na terenie Polski nie było kolektywizacji i milionów Ukraińców zmarłych z wycieńczenia i głodu? Przecież ludność ukraińska w przedwojennej Polsce żyła nie gorzej niż polska. Ukraińcy mieli ogromną autonomię, dostęp do szkół polskich, własne, ukraińskie szkoły, spółdzielnie rolnicze o lepszej organizacji gospodarczej niż nasze polskie. Więc za co mamy przepraszać? Może za to, że nieliczni Polacy broniąc się spowodowali straty wśród Ukraińców?

Inną sprawą jest stwierdzenie faktów i następnie przebaczenie win. „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – to jest generalna reguła obowiązująca nas katolików. Przebaczenie nie może być jednak przekreśleniem zaistniałych faktów, a już, broń Boże, pamięci o setkach tysięcy polskich ofiar ludobójstwa na Wschodzie. Prawdę trzeba ujawnić tym bardziej, im jest tragiczniejsza. Żeby się już nie powtórzyła. Jeśli przebaczenie miało by być zapomnieniem, to będzie stanowić upoważnienie do nowych zbrodni, do - jak to się mówi - „powtórki z historii”. 

DALEJ