Uciekinierzy z Wołynia

Latem I943 r. pojawili się we wsi kolejni ludzie z tobołkami zdążający przez Ihrowicę do Tarnopola. Byli to uciekinierzy z Wołynia, którzy uszli z życiem z pogromów dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich. Byli zakurzeni i brudni oraz nadzwyczaj ostrożni w nawiązywaniu kontaktów. Dopiero gdy przekonali się, że trafiają do Polaków, stawali się rozmowni. Dostarczyli wiarygodnych, a zarazem mrożących krew w żyłach informacji o losie wołyńskich Polaków. Opowiadali o napadach na kościoły podczas nabożeństw i o masowych mordach polskiej ludności.

Ksiądz Szczepankiewicz zachęcał do udzielania pomocy Wołyniakom. Prosił by dawać im schronienie, przyjmować na nocleg, osobiście udzielał im wsparcia żywnościowego i pieniężnego, opatrywał rany i dawał lekarstwa. My również w naszym gospodarstwie ustawiliśmy w szopie stół i mama często zapraszała uciekinierów na posiłek.

Miejscowi ukraińscy nacjonaliści co pewien czas znikali z Ihrowicy na kilka tygodni. Opowiadano, że jeżdżą na ćwiczenia wojskowe na Wołyń. W świetle opowieści uchodźców z Wołynia nikt z ihrowiczan nie miał wątpliwości, że uczestniczyli oni w masowych rzeziach Polaków.

 

Wyzwolenie przez Armię Radziecką

Od późnej jesieni 1943 r. nastał dla Polaków na Kresach czas wielkiej niepewności jutra. Wieści o zbliżającej się do Ihrowicy i Tarnopola fali mordów powodowały strach i napięcie. Szczególne niebezpieczeństwo zagrażało mieszkańcom wsi. Polacy z niecierpliwością czekali na wyzwolenie tych ziem przez Armię Radziecką. Zmęczeni ciągłym strachem przed napadem, stanem napięcia i pełnej gotowości, nawet podczas snu, ciągłym ukrywaniem się - marzyli o odpoczynku w cieple i pościeli. Polacy sądzili, że Armia Radziecka „zrobi porządek” z ukraińskimi szowinistami.

Chociaż front zbliżał się od wschodu do naszych ziem dość szybko, to jednak wrogość Ukraińców do Polaków nie słabła. Młodzież ukraińska powtarzała hasła: „Za San Lasze, bo tu nasze!” oraz „Niemcy zrobili porządek z Żydami, my taki porządek zrobimy z Lachami" i wiele innych.

Pierwsi żołnierze Czerwonej Armii pojawili się w okolicach Ihrowicy 7 marca 1944 r. Od tej chwili wieś spała nieco spokojniej. Mogliśmy nocować w mieszkaniu, porozbierani, pomyci i w pościeli. Polacy sadzili, że w obliczu wojska OUN - UPA nie odważy się wystąpić przeciwko Polakom. Rzeczywiście napady ustały, a banderowcy poukrywali się w obawie przed  NKWD.

Kilka dni po wkroczeniu Armii Czerwonej NKWD zaczęło wyłapywać ukraińskich nacjonalistów. Miało ułatwione zadanie, ponieważ u wielu ukraińskich gospodarzy parobkami byli uciekinierzy z obozów jenieckich - Ukraińcy z „Wielkiej Ukrainy” i Rosjanie. Niektórzy z nich wstępowali w szeregi OUN-UPA, a nawet żenili się z Ukrainkami. Często robili to z wyrachowania, żeby nie wzbudzać podejrzeń i po prostu przeżyć. To oni donosili do władz sowieckich o nacjonalistach. Sami też czuli się zagrożeni i musieli się wykazać przed NKWD swoją lojalnością. Pracując prawie 3 lata w środowisku ukraińskim dokładnie wiedzieli o kolaboracji nacjonalistów ukraińskich z hitlerowcami i donosili o tym Sowietom. Poznali też metody i taktykę walki podziemnej OUN – UPA. Dzięki ich informacjom no

Uciekinierzy z Wołynia

Latem I943 r. pojawili się we wsi kolejni ludzie z tobołkami zdążający przez Ihrowicę do Tarnopola. Byli to uciekinierzy z Wołynia, którzy uszli z życiem z pogromów dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich. Byli zakurzeni i brudni oraz nadzwyczaj ostrożni w nawiązywaniu kontaktów. Dopiero gdy przekonali się, że trafiają do Polaków, stawali się rozmowni. Dostarczyli wiarygodnych, a zarazem mrożących krew w żyłach informacji o losie wołyńskich Polaków. Opowiadali o napadach na kościoły podczas nabożeństw i o masowych mordach polskiej ludności.

Ksiądz Szczepankiewicz zachęcał do udzielania pomocy Wołyniakom. Prosił by dawać im schronienie, przyjmować na nocleg, osobiście udzielał im wsparcia żywnościowego i pieniężnego, opatrywał rany i dawał lekarstwa. My również w naszym gospodarstwie ustawiliśmy w szopie stół i mama często zapraszała uciekinierów na posiłek.

Miejscowi ukraińscy nacjonaliści co pewien czas znikali z Ihrowicy na kilka tygodni. Opowiadano, że jeżdżą na ćwiczenia wojskowe na Wołyń. W świetle opowieści uchodźców z Wołynia nikt z ihrowiczan nie miał wątpliwości, że uczestniczyli oni w masowych rzeziach Polaków.

 

Wyzwolenie przez Armię Radziecką

Od późnej jesieni 1943 r. nastał dla Polaków na Kresach czas wielkiej niepewności jutra. Wieści o zbliżającej się do Ihrowicy i Tarnopola fali mordów powodowały strach i napięcie. Szczególne niebezpieczeństwo zagrażało mieszkańcom wsi. Polacy z niecierpliwością czekali na wyzwolenie tych ziem przez Armię Radziecką. Zmęczeni ciągłym strachem przed napadem, stanem napięcia i pełnej gotowości, nawet podczas snu, ciągłym ukrywaniem się - marzyli o odpoczynku w cieple i pościeli. Polacy sądzili, że Armia Radziecka „zrobi porządek” z ukraińskimi szowinistami.

Chociaż front zbliżał się od wschodu do naszych ziem dość szybko, to jednak wrogość Ukraińców do Polaków nie słabła. Młodzież ukraińska powtarzała hasła: „Za San Lasze, bo tu nasze!” oraz „Niemcy zrobili porządek z Żydami, my taki porządek zrobimy z Lachami" i wiele innych.

Pierwsi żołnierze Czerwonej Armii pojawili się w okolicach Ihrowicy 7 marca 1944 r. Od tej chwili wieś spała nieco spokojniej. Mogliśmy nocować w mieszkaniu, porozbierani, pomyci i w pościeli. Polacy sadzili, że w obliczu wojska OUN - UPA nie odważy się wystąpić przeciwko Polakom. Rzeczywiście napady ustały, a banderowcy poukrywali się w obawie przed  NKWD.

Kilka dni po wkroczeniu Armii Czerwonej NKWD zaczęło wyłapywać ukraińskich nacjonalistów. Miało ułatwione zadanie, ponieważ u wielu ukraińskich gospodarzy parobkami byli uciekinierzy z obozów jenieckich - Ukraińcy z „Wielkiej Ukrainy” i Rosjanie. Niektórzy z nich wstępowali w szeregi OUN-UPA, a nawet żenili się z Ukrainkami. Często robili to z wyrachowania, żeby nie wzbudzać podejrzeń i po prostu przeżyć. To oni donosili do władz sowieckich o nacjonalistach. Sami też czuli się zagrożeni i musieli się wykazać przed NKWD swoją lojalnością. Pracując prawie 3 lata w środowisku ukraińskim dokładnie wiedzieli o kolaboracji nacjonalistów ukraińskich z hitlerowcami i donosili o tym Sowietom. Poznali też metody i taktykę walki podziemnej OUN – UPA. Dzięki ich informacjom nowa władza szybko ustaliła listę członków OUN-UPA i rozpoczęła ich wyłapywanie.

W nocy z 8 na 9 czerwca 1944 r. NKWD okrążyła zabudowania Wasyła Horbatiuka w Ihrowicy, gdzie był dobrze zamaskowany bunkier. U ukrywało się tam kilku banderowców. Nie chcąc się poddać popełnili samobójstwa[35]. We wsi mówiono, że bunkier wskazał „niewolnik” radziecki Kostia, który od 1941 r. służył u Pyłypa Horbatiuka „Kuzia”.

Między Polakami a jeńcami-parobkami nie dochodziło do żadnych konfliktów. Nie zdarzało się, aby ludzie ci działali na szkodę polskich gospodarzy, czy to współdziałając z nacjonalistami ukraińskimi, czy to  donosząc do NKWD. Przeciwnie, często ostrzegali Polaków o grożącym niebezpieczeństwie.

 

Mobilizacja mężczyzn do WP i Armii Radzieckiej

Pobór mężczyzn do wojska rozpoczął się na Kresach w połowie kwietnia 1944 r. Polacy szli do Wojska Polskiego, a Ukraińcy do Armii Radzieckiej. Kazimierz Białowąs (z Gdyni) został zmobilizowany 19 kwietnia 1944 r. poprzez Wojenkomat w Hłuboczku Wielkim. Razem z nim zostali wcieleni Antoni i Stefan Łysy. Wielkim zaskoczeniem dla hołowy silrady Dowhopołego Hrycia było oświadczenie Łysych, że są Polakami i idą do polskiego wojska. Na potwierdzenie swoich słów pokazali stosowne oświadczenie wystawione przez proboszcza ks. Szczepankiewicza. Przewodniczący komisji poborowej uznał to zaświadczenie. Bracia pochodzili z rodziny mieszanej i wybrali narodowość matki, która była Polką. W 1944 r. do WP zostało w Ihrowicy zmobilizowanych 170 Polaków z roczników 1897 - 1926. Po ich odejściu praktycznie przestała istnieć na tym terenie Armia Krajowa.

Ukraińcy nie zaciągali się tak masowo do wojska. Ukrywali się w zamaskowanych schronach-ziemiankach budowanych przeważnie poza zabudowaniami, w sadach, ogrodach, lasach lub na polach. Kiedy front przesunął się nieco na zachód ukrywający się przed wojskiem zasilili oddziały UPA. Ponieważ nowa władza początkowo nie zwracała uwagi na dezercje, szeregi UPA rosły w siłę. W szybkim tempie powstawały nowe sotnie potrzebne do „czyszczenia” Podola z Polaków.

 

Powołanie Istrebitielnych Batalionów

     W 1944 r. następował wzrost siły UPA, która stanowiła zagrożenie dla władzy terenowej oraz dopuszczała się morderstw na bezbronnej ludności cywilnej, Polakach i nie podporządkowujących się jej Ukraińcach. W reakcji Sowieci utworzyli z miejscowej ludności uzbrojone oddziały mających strzec porządku na wsiach. Do Istrebitielnych Batalionów, czyli inaczej Batalionów Szturmowych, pod koniec kwietnia 1944 r. powołano Polaków i Ukraińców urodzonych w 1927 r., a więc siedemnastolatków. Po miesięcznym przeszkoleniu wojskowym złożyli oni przysięgę i otrzymali broń.

Istrebitielnyj Batalion używany był do zadań operacyjnych i porządkowych. Od połowy lata 1944 r. Ukraińcy zaczęli coraz częściej dezerterować z IB. Uciekali zwykle z bronią. Sowieci nie tolerowali tego długo. Wkrótce zarządzili alarm, załadowali Ukraińców do ciężarówek i pod strażą czerwonoarmistów odwieźli ich do odległych jednostek liniowych. W IB pozostali tylko Polacy i Rosjanie.

 

Ucieczka ukraińskich esesmanów z pod Brodów

Pod koniec lipca 1944 r. w okolicy pojawili się ukraińscy esesmani przedzierający się z północy na południe. Byli brudni, zarośnięci i nie przypominali już tych butnych, pewnych siebie hitlerowskich kolaborantów paradujących w białych kożuszkach po Tarnopolu czy okolicznych wsiach, z których zresztą w dużej części  pochodzili.

Ukraińska dywizja zorganizowana przez Niemców w 1943 r. po niezbędnym przygotowaniu wojskowym została skierowana na front pod Brodami. W dniach 21-22 lipca 1944 r., została całkowicie rozbita przez wojska radzieckie. To właśnie niedobitki z 14 Dywizji SS „Galizien” przemykały w kierunku większych ugrupowań UPA, chroniących się w górskich terenach Małopolski Wschodniej. Swoje mundury wymieniali na byle „łachy cywilne”, żeby się wtopić w środowisko wiejskie.

Wczesnym lipcowym porankiem do siostry mojej matki, Stefanii Sroki, mieszkającej na kolonii Karczunek, wtargnęło 2 ukraińskich esesmanów. Poprosili o posiłek i jakiekolwiek cywilne ubrania. Wystraszona kobieta z małym dzieckiem na ręku naprędce przygotowała posiłek i powyciągała z kufra wszystkie ubrania wujka, który w tym czasie walczył w Wojsku Polskim.

W czasie posiłku esesmani bacznie przyglądali się gospodyni i wiszącym na ścianach obrazom. Byli pewni, że jest to dom polski, lecz zachowywali się poprawnie. Ukraińcy na hitlerowskiej służbie byli czujni i nie rozstawali się z bronią gotową do użycia. Po posiłku przebrali się, zostawili swoje uniformy i odeszli w kierunku południowym.

Jak podają źródła historyczne, pod Brodami zginęło 7 z 11 tys. zgrupowanych tam żołnierzy ukraińskich[36].

             

Mord wigilijny i ekspatriacja

 

Kolejne ofiary ukraińskiego terroru

Okres jesienny sprzyjał banderowcom. Dnie stawały się coraz krótsze a noce dłuższe, co pozwalało na przemieszczanie się pod osłoną ciemności większych sił UPA na Podolu. Początkowo napadano i likwidowano pojedyncze osoby lub rodziny polskie. Stopniowo następowała eskalacja mordów. Dobrze zaplanowany i zorganizowany napad na polską wieś Milno Ukraińcy przeprowadzili specjalnie w dzień polskiego święta narodowego - 11 listopada 1944 r. Zamordowali wtedy 53 osoby.

Późną jesienią w okolicach Ihrowicy coraz częściej można było spotykać młodych mężczyzn z bronią ukrytą pod ubraniem. Zazwyczaj zbierali się w północnej części wsi - na Głębokiej Dolinie. Nie zaczepiali napotkanych ludzi, ale wzbudzali powszechny niepokój i strach wśród Polaków.

Kolejnym niepokojącym zjawiskiem było coraz częstsze odmawianie Polakom przez sąsiadów Ukraińców noclegów. Uspokajali oni zdenerwowanych i bojących się o swoje życie sąsiadów tłumacząc, że nie ma żadnego zagrożenia, a oni nie chcą mieć u siebie nikogo z obcych, nawet sąsiadów.

W takiej atmosferze niepewności jutra zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Na wsi wśród Polaków, jak to wówczas mówiono, „chłopa ani na lekarstwo”. Mężczyźni byli na wojnie, a po domach pozostawały kobiety, starcy i dzieci, praktycznie niezdolni do jakiejkolwiek obrony. Nie było też gdzie uciekać, bo szła zima, a Tarnopol po sowieckiej ofensywie leżał w gruzach. Mieszkańcy miasta przyjmowali najbardziej potrzebujące pomocy rodziny z wiosek, w których już dokonano mordów.

W grudniu 1944 r. do ks. Szczepankiewicza przyjechał ks. Mądrak z Berezowicy Małej. Na plebanii nie było przygotowanego posiłku, więc obiad zaproponowała księżom Jadwiga Białowąs „Buń”. W czasie posiłku ks. Medrak ostrzegał i prosił ks. Szczepankiewicza o wyjazd z Ihrowicy.

- Stasiu, ja cię bardzo proszę, wyjedź do Polski, bo tutaj wszystkim Polakom i tobie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo – mówił ks. Mędrak.

Na to ks. Stanisław miał odpowiedzieć: „Tego, co się stało w Berezowicy Małej, ja się nie spodziewam od naszych ihrowickich Ukraińców. Zresztą ja i tak zostanę ze swoimi parafianami”[37].

Najprawdopodobniej ks. Szczepankiewicz uwierzył zapewnieniom leczonych przez siebie banderowców o bezpieczeństwie Polaków w Ihrowicy. Gdyby nie był pewien, a chciał zostać ze swoimi parafianami, wywiózł by przynajmniej swoją najbliższą rodzinę.

Zresztą nie można wykluczyć, że część ihrowickich nacjonalistów nie zamierzała oszukiwać księdza. Ale zapewne nie do nich należał głos decydujący w sprawie ataku i wymordowania całej naszej wsi[38].

 

Zabójstwo polskich wartowników

W tym czasie byłem żołnierzem Istrebitielnoho Batalionu w rejonie Hłuboczek Wielki. Byliśmy skoszarowani, ale odwiedzałem rodzinę, kiedy tylko mogłem. Tak też było 17 grudnia 1944 r., gdy po odbytej warcie zabrałem pistolet, dużo amunicji i po 12  kilometrowym marszu, przemykając się opłotkami szczęśliwie dotarłem na swoje podwórko. Wieczorem tego dnia odwiedziłem jeszcze kolegę Staszka Drzewieckiego, któremu w Hłuboczku udało się zdobyć granaty i obiecał podzielić się ze mną zdobyczą.

Gdy wracałem do domu, zauważyłem postać stojącą na drodze naprzeciwko kościoła. Zaniepokojony odbezpieczyłem w kieszeni granat i nie zwalniając kroku powoli zbliżałem się do nieznajomego, który zszedł z drogi i stanął pod ścianą szopy. Przyglądał mi się uważnie, podobnie jak ja jemu. Odszedłem na odległość około 50 m i nie wytrzymując nerwowo z obawy przed strzałem z tyłu zacząłem biec. Tak wpadłem na swoje podwórko. Matka widząc moje zdenerwowanie zgasiła światło. Po chwili ktoś wszedł na nasze obejście, lecz natychmiast je opuścił i skierował się w stronę kościoła. Z bronią gotową do strzału przesiedziałem w sieni niemal całą noc. Nad ranem wartę objęła matką, a ja się trochę przespałem.

Rano obudził mnie głośny płacz. Usłyszałem pytanie mamy:

- Marysiu, co się stało?

- Ciociu, ojca zabili przed pocztą - szlochając odpowiedziała Marysia, średnia córka Jana Białowąsa „Głąby”.

Zerwałem się z posłania, gdyż zrozumiałem to, co mi się wczoraj przytrafiło. To była zasadzka na ojca Marysi, a mojego chrzestnego. Planowano go zlikwidować, gdyby jak zwykle szedł szosą do domu ludowego na wartę. Tymczasem on, jakby coś przeczuwając, poszedł przez ogrody. Wybrano więc inny wariant.

W domu ludowym znajdował się magazyn zbożowy pozostawiony przez wojsko frontowe. Pilnowali go uzbrojeni mieszkańcy Ihrowicy. Owej nocy magazynu strzegło czterech gospodarzy - dwóch Polaków i dwóch Ukraińców. Bandyci użyli podstępu. Podobno przedstawili się po rosyjsku mówiąc, że przyjechali na kontrolę z rejonu Hłuboczka Wielkiego. Wpuszczeni do środka rozbroili wartowników, a następnie wyprowadzili Polaków przed pocztę i zastrzelili. Dwóch wartowników ukraińskich puszczono wolno[39].

Pogrzeb zamordowanych - Jana Białowąsa „Głąby” i Stanisława Migały - odbył się 19 grudnia. Przybyła prawie cała społeczność polska Ihrowicy. Okazało się, że przygniatającą większość stanowiły kobiety i dzieci. Przygnębione pytały jedna drugiej: co robić?; gdzie się kryć?; dokąd uciekać? Pytania pozostawały bez odpowiedzi.

Polacy dopiero teraz zdali sobie naprawdę sprawę ze swojej bezbronności, beznadziejnego położenia i niebezpieczeństwa, jakie groziło im ze strony ukraińskich bandytów. Jednak żadna z polskich rodzin nie opuściła wsi. Każdy liczył, że jakoś przeżyje, że „jakoś to będzie”, że Pan Bóg pomoże, itp. Strach przed opuszczeniem własnych domów zimą i wyjazdem do zniszczonego Tarnopola okazał się silniejszy, niż nakaz zdrowego rozsądku. Kobietom, bo wobec nieobecności mężów one stanowiły o losach własnych rodzin, zabrakło inicjatywy. Nie były przygotowane do likwidacji gospodarstw i szukania w zniszczonym mieście pomieszczeń do przetrwania.

Proszono też o radę księdza Szczepankiewicza. Uspokajał ludzi twierdząc, że utrzymuje kontakt z księdzem greckokatolickim Piotrem Hałasiem, który zapewniał, że w Ihrowicy nic złego wydarzyć się nie może.

 

Posterunek IB w Ihrowicy.

Po zabójstwie Białowąsa i Migały do Ihrowicy przyjechali oficerowie sowieccy z rejonu. Zbadali okoliczności zabójstwa, obejrzeli dom ludowy i zadecydowali o zorganizowaniu w nim posterunku IB. Wojenny komendant rejonu wyznaczył na dowódcę lejtnanta Demianinko, a na zastępcę - st. sierż. Siemionowa. Żołnierzami mieli być wszyscy miejscowi chłopcy z roczników 1927 - 28, którzy przeszli szkolenie wojskowe w IB w Hłuboczku Wielkim. Dowódcę zakwaterowano u Białowąsów „Głąbów”, z uwagi na bliskość domu ludowego. Mieszkające tam kobiety chętnie zgodziły się na przyjęcie oficera, gdyż po śmierci Jana Białowąsa dzięki temu poczuły się bardziej bezpieczne.

Posterunek rozpoczął działalność 23 grudnia 1944 r. W nocy z 23 na 24 grudnia wieś była już patrolowana przez „istrebeków” w rejonie szkoły, domu ludowego i kościoła. Polacy poczuli się nieco bezpieczniej. Wzrosło przeświadczenie, że władza zatroszczyła się o ich los.

Noc przeszła spokojnie, a rankiem 24 grudnia posterunek na dobre zagospodarował się na piętrze domu ludowego. Z jego okien roztaczał się widok na Dolną i Górną Ihrowicę. Lejtnant Demianinko rozkazał posprawdzać zamknięcia wszystkich okien i drzwi w budynku, a także omówił sposób jego obrony.

Mimo utworzenia posterunku sytuacja we wsi w dzień wigilii była bardzo niespokojna. Po roratach kobiety powiadomiły ks. Szczepankiewicza o tym, że na obrzeżach wioski pojawili się obcy ludzie, ale nikogo nie zaczepiali. Proboszcz zalecał ostrożność i życzył bezpiecznych i błogosławionych świąt Bożego Narodzenia.

 

Banderowcy atakują

Rankiem 24 grudnia z posterunku IB w Ihrowicy wysłano patrol do Kazimierzowa, aby sprawdzić wiadomości o pojawieniu się w okolicy podejrzanych osobników. Do patrolu pod dowództwem st. sierż. Siemionowa został wyznaczony Kazimierz Nakonieczny, Kazimierz Litwin i Władysław Litwin. Nie byli oni nowicjuszami w tego rodzaju akcjach. Podwodą pojechali najpierw do sołtysa na Kazimierzowie, a następnie udali się w stronę Doliny Tyczkowskiego.

Nie dojeżdżając do zabudowań zeszli z wozu i zachowując ostrożność podchodzili w ich kierunku idąc obok drogi. Nie na wiele zdały się te środki ostrożności. Patrol był obserwowany przez  banderowców, którzy urządzili zasadzkę i czekali aż „istrebeky” podejdą bliżej. Pierwszy zorientował się w sytuacji Kazimierz Litwin, który zauważył banderowca stojącego za rogiem domu. Polak oddał strzał w jego kierunku, na co banderowcy odpowiedzieli silnym ogniem z broni maszynowej. Patrol zaczął się wycofywać, co udało się tylko Władysławowi Litwinowi i Kazimierzowi Nakoniecznemu. Rannego st. sierż. Siemionowa i usiłującego mu pomóc Kazimierza Litwina okrążyli banderowcy. Bardziej doświadczony Rosjanin z miejsca się zastrzelił, Kazimierz Litwin – poddał się.

Władysław Litwin i Kazimierz Nakonieczny wycofywali się oddzielnie. Gdy dobiegli do domu ludowego zastali jeszcze przebywającego w Ihrowicy naczelnika NKWD z Hłuboczka Wielkiego. Wysłuchał on meldunków o starciu z banderowcami i natychmiast odjechał obiecując zorganizowanie pomocy.

    

Mord w Wigilię Narodzenia Pańskiego

Odtąd śmiertelne zagrożenie dla Ihrowiczan rosło z godziny na godzinę. W rejon Ihrowicy nadciągnęła już „osławiona” mordami na ludności polskiej sotnia „Burłaka” dowodzona przez Iwana Szemczyszyna ps. „Czornyj”. Wspólnie z ihrowickimi nacjonalistami z organizacji Samoobronni Kuszczowi Widdiły (SKW) czekali już tylko zmroku by przeprowadzić plan likwidacji wszystkich Polaków żyjących w Ihrowicy. Wieś podzielono na sektory, w których miały operować grupy ze specjalnie wyznaczonymi zadaniami.

Tymczasem po usłyszeniu strzałów na Kazimierzowie, dowódca posterunku lejtnant Demianinko przygotowywał dom ludowy do obrony przed atakiem banderowców. Zatrzymał też jadących z Tarnopola do Mszańca trzech radzieckich żołnierzy łączności, wśród których była kobieta w stopniu sierżanta. Ostrzegł ich o niebezpieczeństwie ze strony Ukraińców i pozostawił w Ihrowicy na nocleg, wzmacniając tym samym załogę posterunku.

Dowódca wystawił też przed posterunkiem wartę, na którą wyznaczył Jana Białowąsa „Kęsa”, który stanął przed furtką i Mateusza Białowąsa - przed głównymi drzwiami. Załogę posterunku tego dnia stanowili również: Piotr Bończuk, Kazimierz Ościak i Jan Dudczak. Razem z Rosjanami w budynku pozostało 7 osób. Pozostali „istrebitiele” udali się na wieczerzę wigilijną do swoich domów.

Do wieczora we wsi było w miarę spokojnie. Dopiero ok. godziny 17-18 stojący na warcie Jan Białowąs „Kęs” zauważył idących od strony placu budowy nowego kościoła dwóch ludzi z odkrytą bronią. Krzyknął w ich stronę:

- Stoj, kto idiot?

- Ukraińska Powstańcza Armia – usłyszał w odpowiedzi. Oddał w ich kierunku strzał i cofnął się do drzwi wejściowych. Nie mógł jednak wejść do środka, ponieważ obaj banderowcy ostrzeliwali już drzwi z automatów. Wycofał się więc na łąki i pobiegł wzdłuż rzeki zawiadomić rodzinę o napadzie.

Po chwili pod posterunek IB nadciągnął duży oddział banderowców, który zaczął ostrzeliwać dom ludowy z broni maszynowej. „Istrebeky” zajęli pozycję na piętrze. Wobec małej ilości amunicji komendant nakazał odpowiadać pojedynczymi strzałami.

- Bronić się będziemy dopóki pozostaną nam po dwa naboje. Potem niech każdy wypali sobie w łeb – przypomniał podkomendnym.

Chodziło o to, że ostatni nabój mógł nie wypalić, a dostanie się w ręce banderowców oznaczało powolną śmierć w strasznych męczarniach. 

 Wieś została napadnięta od północy i od zachodu. Na placu budowy nowego kościoła Ukraińcy podzielili się na mniejsze grupy, które rozbiegły się po wsi głównie w kierunku południowym.

Po pierwszych seriach karabinowych rozdzwoniła się sygnaturka na plebanii. Ukraińcy natychmiast rozpoczęli tam wyłamywanie drzwi. Równocześnie wyrąbywali drzwi wejściowe do domu Białowąsów „Głąbów” mieszkających naprzeciw plebanii. Prawie w tym samym czasie zaatakowano inne pobliskie obejścia, w tym jako jeden z pierwszych – mój rodzinny dom.

Donośny dźwięk sygnaturki z plebanii uratował życie wielu Ihrowiczanom. Ci, którzy natychmiast rzucili się od stołów wigilijnych do ucieczki – w większości przeżyli. Jednak księdzu i jego rodzinie nie mógł już nikt pomóc. Ukraińcy przystąpili do rozbijania drzwi wejściowych i okien. Zdobywanie zabezpieczonej w masywne drzwi i okiennice plebanii trwało ok. 15 minut. Po wyrąbaniu drzwi ks. Stanisław Szczepankiewicz, jego matka Anna, siostra Maria i brat Bronisław zostali bestialsko zamordowani siekierami.

 

wa władza szybko ustaliła listę członków OUN-UPA i rozpoczęła ich wyłapywanie.

W nocy z 8 na 9 czerwca 1944 r. NKWD okrążyła zabudowania Wasyła Horbatiuka w Ihrowicy, gdzie był dobrze zamaskowany bunkier. U ukrywało się tam kilku banderowców. Nie chcąc się poddać popełnili samobójstwa[35]. We wsi mówiono, że bunkier wskazał „niewolnik” radziecki Kostia, który od 1941 r. służył u Pyłypa Horbatiuka „Kuzia”.

Między Polakami a jeńcami-parobkami nie dochodziło do żadnych konfliktów. Nie zdarzało się, aby ludzie ci działali na szkodę polskich gospodarzy, czy to współdziałając z nacjonalistami ukraińskimi, czy to  donosząc do NKWD. Przeciwnie, często ostrzegali Polaków o grożącym niebezpieczeństwie.

 

Mobilizacja mężczyzn do WP i Armii Radzieckiej

Pobór mężczyzn do wojska rozpoczął się na Kresach w połowie kwietnia 1944 r. Polacy szli do Wojska Polskiego, a Ukraińcy do Armii Radzieckiej. Kazimierz Białowąs (z Gdyni) został zmobilizowany 19 kwietnia 1944 r. poprzez Wojenkomat w Hłuboczku Wielkim. Razem z nim zostali wcieleni Antoni i Stefan Łysy. Wielkim zaskoczeniem dla hołowy silrady Dowhopołego Hrycia było oświadczenie Łysych, że są Polakami i idą do polskiego wojska. Na potwierdzenie swoich słów pokazali stosowne oświadczenie wystawione przez proboszcza ks. Szczepankiewicza. Przewodniczący komisji poborowej uznał to zaświadczenie. Bracia pochodzili z rodziny mieszanej i wybrali narodowość matki, która była Polką. W 1944 r. do WP zostało w Ihrowicy zmobilizowanych 170 Polaków z roczników 1897 - 1926. Po ich odejściu praktycznie przestała istnieć na tym terenie Armia Krajowa.

Ukraińcy nie zaciągali się tak masowo do wojska. Ukrywali się w zamaskowanych schronach-ziemiankach budowanych przeważnie poza zabudowaniami, w sadach, ogrodach, lasach lub na polach. Kiedy front przesunął się nieco na zachód ukrywający się przed wojskiem zasilili oddziały UPA. Ponieważ nowa władza początkowo nie zwracała uwagi na dezercje, szeregi UPA rosły w siłę. W szybkim tempie powstawały nowe sotnie potrzebne do „czyszczenia” Podola z Polaków.

 

Powołanie Istrebitielnych Batalionów

     W 1944 r. następował wzrost siły UPA, która stanowiła zagrożenie dla władzy terenowej oraz dopuszczała się morderstw na bezbronnej ludności cywilnej, Polakach i nie podporządkowujących się jej Ukraińcach. W reakcji Sowieci utworzyli z miejscowej ludności uzbrojone oddziały mających strzec porządku na wsiach. Do Istrebitielnych Batalionów, czyli inaczej Batalionów Szturmowych, pod koniec kwietnia 1944 r. powołano Polaków i Ukraińców urodzonych w 1927 r., a więc siedemnastolatków. Po miesięcznym przeszkoleniu wojskowym złożyli oni przysięgę i otrzymali broń.

Istrebitielnyj Batalion używany był do zadań operacyjnych i porządkowych. Od połowy lata 1944 r. Ukraińcy zaczęli coraz częściej dezerterować z IB. Uciekali zwykle z bronią. Sowieci nie tolerowali tego długo. Wkrótce zarządzili alarm, załadowali Ukraińców do ciężarówek i pod strażą czerwonoarmistów odwieźli ich do odległych jednostek liniowych. W IB pozostali tylko Polacy i Rosjanie.

 

Ucieczka ukraińskich esesmanów z pod Brodów

Pod koniec lipca 1944 r. w okolicy pojawili się ukraińscy esesmani przedzierający się z północy na południe. Byli brudni, zarośnięci i nie przypominali już tych butnych, pewnych siebie hitlerowskich kolaborantów paradujących w białych kożuszkach po Tarnopolu czy okolicznych wsiach, z których zresztą w dużej części  pochodzili.

Ukraińska dywizja zorganizowana przez Niemców w 1943 r. po niezbędnym przygotowaniu wojskowym została skierowana na front pod Brodami. W dniach 21-22 lipca 1944 r., została całkowicie rozbita przez wojska radzieckie. To właśnie niedobitki z 14 Dywizji SS „Galizien” przemykały w kierunku większych ugrupowań UPA, chroniących się w górskich terenach Małopolski Wschodniej. Swoje mundury wymieniali na byle „łachy cywilne”, żeby się wtopić w środowisko wiejskie.

Wczesnym lipcowym porankiem do siostry mojej matki, Stefanii Sroki, mieszkającej na kolonii Karczunek, wtargnęło 2 ukraińskich esesmanów. Poprosili o posiłek i jakiekolwiek cywilne ubrania. Wystraszona kobieta z małym dzieckiem na ręku naprędce przygotowała posiłek i powyciągała z kufra wszystkie ubrania wujka, który w tym czasie walczył w Wojsku Polskim.

W czasie posiłku esesmani bacznie przyglądali się gospodyni i wiszącym na ścianach obrazom. Byli pewni, że jest to dom polski, lecz zachowywali się poprawnie. Ukraińcy na hitlerowskiej służbie byli czujni i nie rozstawali się z bronią gotową do użycia. Po posiłku przebrali się, zostawili swoje uniformy i odeszli w kierunku południowym.

Jak podają źródła historyczne, pod Brodami zginęło 7 z 11 tys. zgrupowanych tam żołnierzy ukraińskich[36].

             

Mord wigilijny i ekspatriacja

 

Kolejne ofiary ukraińskiego terroru

Okres jesienny sprzyjał banderowcom. Dnie stawały się coraz krótsze a noce dłuższe, co pozwalało na przemieszczanie się pod osłoną ciemności większych sił UPA na Podolu. Początkowo napadano i likwidowano pojedyncze osoby lub rodziny polskie. Stopniowo następowała eskalacja mordów. Dobrze zaplanowany i zorganizowany napad na polską wieś Milno Ukraińcy przeprowadzili specjalnie w dzień polskiego święta narodowego - 11 listopada 1944 r. Zamordowali wtedy 53 osoby.

Późną jesienią w okolicach Ihrowicy coraz częściej można było spotykać młodych mężczyzn z bronią ukrytą pod ubraniem. Zazwyczaj zbierali się w północnej części wsi - na Głębokiej Dolinie. Nie zaczepiali napotkanych ludzi, ale wzbudzali powszechny niepokój i strach wśród Polaków.

Kolejnym niepokojącym zjawiskiem było coraz częstsze odmawianie Polakom przez sąsiadów Ukraińców noclegów. Uspokajali oni zdenerwowanych i bojących się o swoje życie sąsiadów tłumacząc, że nie ma żadnego zagrożenia, a oni nie chcą mieć u siebie nikogo z obcych, nawet sąsiadów.

W takiej atmosferze niepewności jutra zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Na wsi wśród Polaków, jak to wówczas mówiono, „chłopa ani na lekarstwo”. Mężczyźni byli na wojnie, a po domach pozostawały kobiety, starcy i dzieci, praktycznie niezdolni do jakiejkolwiek obrony. Nie było też gdzie uciekać, bo szła zima, a Tarnopol po sowieckiej ofensywie leżał w gruzach. Mieszkańcy miasta przyjmowali najbardziej potrzebujące pomocy rodziny z wiosek, w których już dokonano mordów.

W grudniu 1944 r. do ks. Szczepankiewicza przyjechał ks. Mądrak z Berezowicy Małej. Na plebanii nie było przygotowanego posiłku, więc obiad zaproponowała księżom Jadwiga Białowąs „Buń”. W czasie posiłku ks. Medrak ostrzegał i prosił ks. Szczepankiewicza o wyjazd z Ihrowicy.

- Stasiu, ja cię bardzo proszę, wyjedź do Polski, bo tutaj wszystkim Polakom i tobie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo – mówił ks. Mędrak.

Na to ks. Stanisław miał odpowiedzieć: „Tego, co się stało w Berezowicy Małej, ja się nie spodziewam od naszych ihrowickich Ukraińców. Zresztą ja i tak zostanę ze swoimi parafianami”[37].

Najprawdopodobniej ks. Szczepankiewicz uwierzył zapewnieniom leczonych przez siebie banderowców o bezpieczeństwie Polaków w Ihrowicy. Gdyby nie był pewien, a chciał zostać ze swoimi parafianami, wywiózł by przynajmniej swoją najbliższą rodzinę.

Zresztą nie można wykluczyć, że część ihrowickich nacjonalistów nie zamierzała oszukiwać księdza. Ale zapewne nie do nich należał głos decydujący w sprawie ataku i wymordowania całej naszej wsi[38].

 

Zabójstwo polskich wartowników

W tym czasie byłem żołnierzem Istrebitielnoho Batalionu w rejonie Hłuboczek Wielki. Byliśmy skoszarowani, ale odwiedzałem rodzinę, kiedy tylko mogłem. Tak też było 17 grudnia 1944 r., gdy po odbytej warcie zabrałem pistolet, dużo amunicji i po 12  kilometrowym marszu, przemykając się opłotkami szczęśliwie dotarłem na swoje podwórko. Wieczorem tego dnia odwiedziłem jeszcze kolegę Staszka Drzewieckiego, któremu w Hłuboczku udało się zdobyć granaty i obiecał podzielić się ze mną zdobyczą.

Gdy wracałem do domu, zauważyłem postać stojącą na drodze naprzeciwko kościoła. Zaniepokojony odbezpieczyłem w kieszeni granat i nie zwalniając kroku powoli zbliżałem się do nieznajomego, który zszedł z drogi i stanął pod ścianą szopy. Przyglądał mi się uważnie, podobnie jak ja jemu. Odszedłem na odległość około 50 m i nie wytrzymując nerwowo z obawy przed strzałem z tyłu zacząłem biec. Tak wpadłem na swoje podwórko. Matka widząc moje zdenerwowanie zgasiła światło. Po chwili ktoś wszedł na nasze obejście, lecz natychmiast je opuścił i skierował się w stronę kościoła. Z bronią gotową do strzału przesiedziałem w sieni niemal całą noc. Nad ranem wartę objęła matką, a ja się trochę przespałem.

Rano obudził mnie głośny płacz. Usłyszałem pytanie mamy:

- Marysiu, co się stało?

- Ciociu, ojca zabili przed pocztą - szlochając odpowiedziała Marysia, średnia córka Jana Białowąsa „Głąby”.

Zerwałem się z posłania, gdyż zrozumiałem to, co mi się wczoraj przytrafiło. To była zasadzka na ojca Marysi, a mojego chrzestnego. Planowano go zlikwidować, gdyby jak zwykle szedł szosą do domu ludowego na wartę. Tymczasem on, jakby coś przeczuwając, poszedł przez ogrody. Wybrano więc inny wariant.

W domu ludowym znajdował się magazyn zbożowy pozostawiony przez wojsko frontowe. Pilnowali go uzbrojeni mieszkańcy Ihrowicy. Owej nocy magazynu strzegło czterech gospodarzy - dwóch Polaków i dwóch Ukraińców. Bandyci użyli podstępu. Podobno przedstawili się po rosyjsku mówiąc, że przyjechali na kontrolę z rejonu Hłuboczka Wielkiego. Wpuszczeni do środka rozbroili wartowników, a następnie wyprowadzili Polaków przed pocztę i zastrzelili. Dwóch wartowników ukraińskich puszczono wolno[39].

Pogrzeb zamordowanych - Jana Białowąsa „Głąby” i Stanisława Migały - odbył się 19 grudnia. Przybyła prawie cała społeczność polska Ihrowicy. Okazało się, że przygniatającą większość stanowiły kobiety i dzieci. Przygnębione pytały jedna drugiej: co robić?; gdzie się kryć?; dokąd uciekać? Pytania pozostawały bez odpowiedzi.

Polacy dopiero teraz zdali sobie naprawdę sprawę ze swojej bezbronności, beznadziejnego położenia i niebezpieczeństwa, jakie groziło im ze strony ukraińskich bandytów. Jednak żadna z polskich rodzin nie opuściła wsi. Każdy liczył, że jakoś przeżyje, że „jakoś to będzie”, że Pan Bóg pomoże, itp. Strach przed opuszczeniem własnych domów zimą i wyjazdem do zniszczonego Tarnopola okazał się silniejszy, niż nakaz zdrowego rozsądku. Kobietom, bo wobec nieobecności mężów one stanowiły o losach własnych rodzin, zabrakło inicjatywy. Nie były przygotowane do likwidacji gospodarstw i szukania w zniszczonym mieście pomieszczeń do przetrwania.

Proszono też o radę księdza Szczepankiewicza. Uspokajał ludzi twierdząc, że utrzymuje kontakt z księdzem greckokatolickim Piotrem Hałasiem, który zapewniał, że w Ihrowicy nic złego wydarzyć się nie może.

 

Posterunek IB w Ihrowicy.

Po zabójstwie Białowąsa i Migały do Ihrowicy przyjechali oficerowie sowieccy z rejonu. Zbadali okoliczności zabójstwa, obejrzeli dom ludowy i zadecydowali o zorganizowaniu w nim posterunku IB. Wojenny komendant rejonu wyznaczył na dowódcę lejtnanta Demianinko, a na zastępcę - st. sierż. Siemionowa. Żołnierzami mieli być wszyscy miejscowi chłopcy z roczników 1927 - 28, którzy przeszli szkolenie wojskowe w IB w Hłuboczku Wielkim. Dowódcę zakwaterowano u Białowąsów „Głąbów”, z uwagi na bliskość domu ludowego. Mieszkające tam kobiety chętnie zgodziły się na przyjęcie oficera, gdyż po śmierci Jana Białowąsa dzięki temu poczuły się bardziej bezpieczne.

Posterunek rozpoczął działalność 23 grudnia 1944 r. W nocy z 23 na 24 grudnia wieś była już patrolowana przez „istrebeków” w rejonie szkoły, domu ludowego i kościoła. Polacy poczuli się nieco bezpieczniej. Wzrosło przeświadczenie, że władza zatroszczyła się o ich los.

Noc przeszła spokojnie, a rankiem 24 grudnia posterunek na dobre zagospodarował się na piętrze domu ludowego. Z jego okien roztaczał się widok na Dolną i Górną Ihrowicę. Lejtnant Demianinko rozkazał posprawdzać zamknięcia wszystkich okien i drzwi w budynku, a także omówił sposób jego obrony.

Mimo utworzenia posterunku sytuacja we wsi w dzień wigilii była bardzo niespokojna. Po roratach kobiety powiadomiły ks. Szczepankiewicza o tym, że na obrzeżach wioski pojawili się obcy ludzie, ale nikogo nie zaczepiali. Proboszcz zalecał ostrożność i życzył bezpiecznych i błogosławionych świąt Bożego Narodzenia.

 

Banderowcy atakują

Rankiem 24 grudnia z posterunku IB w Ihrowicy wysłano patrol do Kazimierzowa, aby sprawdzić wiadomości o pojawieniu się w okolicy podejrzanych osobników. Do patrolu pod dowództwem st. sierż. Siemionowa został wyznaczony Kazimierz Nakonieczny, Kazimierz Litwin i Władysław Litwin. Nie byli oni nowicjuszami w tego rodzaju akcjach. Podwodą pojechali najpierw do sołtysa na Kazimierzowie, a następnie udali się w stronę Doliny Tyczkowskiego.

Nie dojeżdżając do zabudowań zeszli z wozu i zachowując ostrożność podchodzili w ich kierunku idąc obok drogi. Nie na wiele zdały się te środki ostrożności. Patrol był obserwowany przez  banderowców, którzy urządzili zasadzkę i czekali aż „istrebeky” podejdą bliżej. Pierwszy zorientował się w sytuacji Kazimierz Litwin, który zauważył banderowca stojącego za rogiem domu. Polak oddał strzał w jego kierunku, na co banderowcy odpowiedzieli silnym ogniem z broni maszynowej. Patrol zaczął się wycofywać, co udało się tylko Władysławowi Litwinowi i Kazimierzowi Nakoniecznemu. Rannego st. sierż. Siemionowa i usiłującego mu pomóc Kazimierza Litwina okrążyli banderowcy. Bardziej doświadczony Rosjanin z miejsca się zastrzelił, Kazimierz Litwin – poddał się.

Władysław Litwin i Kazimierz Nakonieczny wycofywali się oddzielnie. Gdy dobiegli do domu ludowego zastali jeszcze przebywającego w Ihrowicy naczelnika NKWD z Hłuboczka Wielkiego. Wysłuchał on meldunków o starciu z banderowcami i natychmiast odjechał obiecując zorganizowanie pomocy.

    

Mord w Wigilię Narodzenia Pańskiego

Odtąd śmiertelne zagrożenie dla Ihrowiczan rosło z godziny na godzinę. W rejon Ihrowicy nadciągnęła już „osławiona” mordami na ludności polskiej sotnia „Burłaka” dowodzona przez Iwana Szemczyszyna ps. „Czornyj”. Wspólnie z ihrowickimi nacjonalistami z organizacji Samoobronni Kuszczowi Widdiły (SKW) czekali już tylko zmroku by przeprowadzić plan likwidacji wszystkich Polaków żyjących w Ihrowicy. Wieś podzielono na sektory, w których miały operować grupy ze specjalnie wyznaczonymi zadaniami.

Tymczasem po usłyszeniu strzałów na Kazimierzowie, dowódca posterunku lejtnant Demianinko przygotowywał dom ludowy do obrony przed atakiem banderowców. Zatrzymał też jadących z Tarnopola do Mszańca trzech radzieckich żołnierzy łączności, wśród których była kobieta w stopniu sierżanta. Ostrzegł ich o niebezpieczeństwie ze strony Ukraińców i pozostawił w Ihrowicy na nocleg, wzmacniając tym samym załogę posterunku.

Dowódca wystawił też przed posterunkiem wartę, na którą wyznaczył Jana Białowąsa „Kęsa”, który stanął przed furtką i Mateusza Białowąsa - przed głównymi drzwiami. Załogę posterunku tego dnia stanowili również: Piotr Bończuk, Kazimierz Ościak i Jan Dudczak. Razem z Rosjanami w budynku pozostało 7 osób. Pozostali „istrebitiele” udali się na wieczerzę wigilijną do swoich domów.

Do wieczora we wsi było w miarę spokojnie. Dopiero ok. godziny 17-18 stojący na warcie Jan Białowąs „Kęs” zauważył idących od strony placu budowy nowego kościoła dwóch ludzi z odkrytą bronią. Krzyknął w ich stronę:

- Stoj, kto idiot?

- Ukraińska Powstańcza Armia – usłyszał w odpowiedzi. Oddał w ich kierunku strzał i cofnął się do drzwi wejściowych. Nie mógł jednak wejść do środka, ponieważ obaj banderowcy ostrzeliwali już drzwi z automatów. Wycofał się więc na łąki i pobiegł wzdłuż rzeki zawiadomić rodzinę o napadzie.

Po chwili pod posterunek IB nadciągnął duży oddział banderowców, który zaczął ostrzeliwać dom ludowy z broni maszynowej. „Istrebeky” zajęli pozycję na piętrze. Wobec małej ilości amunicji komendant nakazał odpowiadać pojedynczymi strzałami.

- Bronić się będziemy dopóki pozostaną nam po dwa naboje. Potem niech każdy wypali sobie w łeb – przypomniał podkomendnym.

Chodziło o to, że ostatni nabój mógł nie wypalić, a dostanie się w ręce banderowców oznaczało powolną śmierć w strasznych męczarniach. 

 Wieś została napadnięta od północy i od zachodu. Na placu budowy nowego kościoła Ukraińcy podzielili się na mniejsze grupy, które rozbiegły się po wsi głównie w kierunku południowym.

Po pierwszych seriach karabinowych rozdzwoniła się sygnaturka na plebanii. Ukraińcy natychmiast rozpoczęli tam wyłamywanie drzwi. Równocześnie wyrąbywali drzwi wejściowe do domu Białowąsów „Głąbów” mieszkających naprzeciw plebanii. Prawie w tym samym czasie zaatakowano inne pobliskie obejścia, w tym jako jeden z pierwszych – mój rodzinny dom.

Donośny dźwięk sygnaturki z plebanii uratował życie wielu Ihrowiczanom. Ci, którzy natychmiast rzucili się od stołów wigilijnych do ucieczki – w większości przeżyli. Jednak księdzu i jego rodzinie nie mógł już nikt pomóc. Ukraińcy przystąpili do rozbijania drzwi wejściowych i okien. Zdobywanie zabezpieczonej w masywne drzwi i okiennice plebanii trwało ok. 15 minut. Po wyrąbaniu drzwi ks. Stanisław Szczepankiewicz, jego matka Anna, siostra Maria i brat Bronisław zostali bestialsko zamordowani siekierami.

 DALEJ