Mordowali całe rodziny

Jedna z grup napastników szybko dotarła do Franciszka Białowąsa, który oficjalnie posiadał karabin, gdyż pilnował magazynu zbożowego w domu ludowym. Udając sowieckich oficerów z Hłuboczka Ukraińcy kazali mu przynieść broń niby do kontroli. Z jego własnego karabinu zastrzelili go przed domem. Gdy na odgłos strzału wyszła jego żona Aniela, ją też zastrzelono na progu domu. Teściową Julię zabito w sieni. W jednym momencie z całej rodziny Franciszka Białowąsa pozostał przy życiu jedynie syn Tadeusz, zmobilizowany wcześniej do WP. Podobny los spotkał rodzinę Migałów. Ojciec Stanisław został zastrzelony przed pocztą 17 grudnia 1944 r., a pozostali członkowie rodziny - żona Michalina, syn Władysław, córki Stanisława i Genowefa – zginęli tydzień później przy stole wigilijnym.

Takie tragedie zdarzały owego wieczora w Ihrowicy co krok. W bliskim sąsiedztwie domu Franciszka Białowąsa Ukraińcy zastrzelili pod szopą innego Franciszka Białowąsa s. Wincentego z żoną Karoliną. Po drugiej stronie drogi bandyci dopadli Antoniego Białowąsa „Wusaja”, który słysząc strzały i widząc blask palących się budynków, zamiast uciekać wyszedł do drogi. Bandyci zatrzymali go, a Wasyl Widłowski, Ukrainiec który doskonale znał Antoniego, własnoręcznie go zastrzelił. Działo się to na oczach Anny, 12 letniej córki Antoniego, której udało się uciec.

Po zastrzeleniu Antoniego Białowąsa Widłowski napisał na ścianie pędzlem maczanym w smarze do wozów konnych dużymi literami hasło: „Smert’ seksotam i Stalinu[40].

Po zamordowaniu sześciu Polaków, Wasyl Widłowski ze swoją grupą dotarł do gospodarstwa Sylwestra Białowąsa. Sylwester z synem Kazimierzem zdążyli uciec w zarośla na łąki. Nie udało się to jego żonie Annie, która chciała jeszcze wypędzić bydło z obory. Ją też zastrzelił osobiście Widłowski .

W grupie operującej w rejonie młyna wodnego „działali” ihrowiccy nacjonaliści wspomagani przez Ukraińców z Iwaczowa. Oddział ten działał chaotycznie i nerwowo, jakby obawiając się

odsieczy. Raczej nie włamywali się do domów mordując tylko napotykanych Polaków, lub wywołując ich z domów. Jako jednego z pierwszych zabili Kazimierza Błaszczuka. Zawołał go jeden z jego kolegów Ukraińców, gdy akurat w domu dziadków łamał się opłatkiem. Gdy Kazimierz wyszedł przed dom, odprowadzili go pod studnię i tam na górce zastrzelili.

Wielu Polaków w tym krańcu wsi nie słyszało strzałów z karabinów i sygnaturki dzwoniącej na plebanii. O tym, że UPA morduje we wsi zaalarmował ich dopiero Janek Białowąs „Kęs”, który przybiegł spod domu ludowego. Dzięki niemu wiele rodzin pouciekało z domów. Janek z kilkoma sąsiadami uciekł na górę Dyblankę, skąd obserwowali bandytów. Widzieli, jak Ukraińcy w pośpiechy wynosili z ich domów cały dobytek - pościel, ubrania, żywność i co bardziej wartościowe przedmioty. Jedna grupa zajmowała się rabunkiem, a inni, prawie w biegu podpalali budynki. Dwóch dowodzących na koniach ponaglało poszczególne grupy napastników. Zrabowany dobytek był szybko ładowany na podjeżdżające co chwila wozy[41].

 

Napad na Ihrowicę Górną

Banderowcy, którzy zaatakowali Ihrowicę Górną, przymaszerowali z Kazimierzowa (Choinów) już po zmroku. W tej części wsi charakteryzującej się gęstą i sąsiadującą ze sobą zabudową gospodarstw polskich i ukraińskich napastnicy działali spokojnie i planowo. Ewentualna odsiecz mogła przybyć tylko od południa, a wiec z przeciwległej strony wsi, wiec grupa działająca w Ihrowicy Górnej nie była narażona na jej bezpośrednie uderzenie. Dlatego też banderowcy metodycznie przeczesywali dom po domu w poszukiwaniu Polaków. Spokojnie też rabowali dobytek oraz inwentarz żywy.

Nie udał się plan wymordowania młodych Polaków, gdyż zaalarmowani pouciekali na pola lub dobrze się ukryli. Rezuny znajdywali co najwyżej starsze osoby przeważnie pochowane u swoich ukraińskich sąsiadów. Tak było np. z Wiktorią Białowąs, Eudokią Nakonieczną i Marią Nakonieczną. Kobiety schowały się u sąsiada Ukraińca o nazwisku Kotuń. Jednak inni Ukraińcy z sąsiedztwa donieśli o tym bamderowcom. Wyciągnięte spod łóżek kobiety zostały wyprowadzone przed dom i zastrzelone.

Napastnicy mieli doskonałe rozeznanie w lokalizacji polskich zabudowań. Wiedzieli też, kto gdzie mieszka. W pierwszej kolejności napadano na polskie rodziny znane z tradycji patriotycznych. Tak było w przypadku rodziny Franciszka Litwina. Jego syna Kazika Ukraińcy złapali kilka godzin wcześniej w czasie zasadzki na patrol IB. Na jego matkę, która wyszła szukać syna, oddział banderowców natknął się na drodze. Podała się za Ukrainkę i nierozpoznana przez nikogo pobiegła z powrotem do domu, zabrała dzieci i skryła się w oborze sąsiada Ukraińca bez jego zgody. Ledwo zdążyła to zrobić, gdy przechodzący obok Ukraińcy wrzucili do jej domu granat, który spowodował zniszczenie i pożar.

Napadnięto też na znaną z patriotyzmu liczną i bogobojną rodzinę Ignacego Nakoniecznego. Pełnił on obowiązki kościelnego, a ze względu na religijność, życzliwość i kulturę osobistą nazywano go „Świętym”. Kiedy zapadał wieczór i rodzina zaczynała dzielić się opłatkiem, jeden z domowników przez odsłonięte okno zauważył kilku ludzi zbliżających się do ich domu. Dzięki szybkiej decyzji wszyscy uciekli przez okno do ogrodu. Nie udało się to jedynie córce Ignacego, Marii. Wróciła do domu po spakowane walizki, gdyż nie chciała stracić całego dobytku. Bandyci postrzelili ją w brzuch. Gdy po pewnym czasie oprzytomniała, leżąc na schodach przed splądrowanym i płonącym domem głośno wzywała Boga i ludzi o pomoc. Skonała nad ranem w męczarniach. Jej mąż zmobilizowany walczył w tym czasie na froncie.

Dziećmi Marysi zaopiekowała się jej matka Franciszka. Uciekając z chłopcami wpadła do sąsiadki Ukrainki i prosiła o ukrycie przynajmniej wnuków. Sąsiadka przyjęła dzieci i położyła do łóżka. Gdy do izby wbiegli banderowcy i podejrzliwie spytali, czyje to dzieci, Ukrainka, Zofia Wonyśko, żona Piotra zwanego „Czornyj”, zdecydowanie stanęła przy łóżku i odpowiedziała, że to jej dzieci. Tym zdecydowaniem uratowała im życie.

    

Do śmierci nie zapomnę

Szykowaliśmy się do wieczerzy wigilijnej, gdy prawie równocześnie z serią karabinową i dźwiękiem sygnaturki usłyszeliśmy ujadanie psów i podejrzane hałasy w pobliżu naszego domu. Na te odgłosy matce wypadły z rąk talerze, na których niosła opłatki z miodem. Krzyknęła:

- Dzieci uciekajmy bo mordują!

Ten krzyk i brzęk rozbijanych talerzy słyszę do dziś.

Siostra rzuciła się do okna i uchylając okiennicę zawołała:

- Idą do nas.

Wszyscy wypadli do sieni, by uciekać na strych. Wiedziałem czym to grozi i siłą ściągnąłem matkę i brata Kazika z drabiny.

- Chodźcie za mną! – rozkazałem.

Chciałem uciekać przez pokój na wschód, ale okazało się, że drzwi do pokoju były zamknięte. Matka wcześniej odruchowo zamknęła je na klucz, który schowała w kieszeni, o czym w panice zapomniała. A na stole w zamkniętym pokoju leżała moja broń ...

O naszym życiu decydowały sekundy. Mordercy szli od południa więc szybko otworzyłem okno w kuchni wychodzące na północ. Wypychałem wszystkich kolejno. Zdążyliśmy. Wyskoczyłem jako ostatni i jeszcze przymknąłem za sobą okno.

Z naszego podwórka uciekliśmy przez dziurę w płocie do obejścia sąsiada Ukraińca. Bez jego wiedzy skryliśmy się na strychu obory. Gdy wszyscy znaleźli się już na górze, wciągałem za sobą drabinę.

Wtedy usłyszeliśmy, jak jeden z napastników, którzy byli już pod drzwiami naszego domu, zawołał po polsku:

 - Janek ty jesteś? Janek, ty jesteś?  Otwórz.

Jego głos wydał mi się dziwnie znajomy. Trwale go zapamiętałem.

- Przyszli twoi koledzy z domu ludowego - powiedziała do mnie matka.

- Ciszej, bo nas usłyszą – uciszyłem mamę pewny, że się myli.

W tej samej chwili wszystko się wyjaśniło. Łomem i siekierami napastnicy zaczęli rozbijać drzwi domu. Wdarli się do środka i szukali przede wszystkim domowników. Uratowało nas zamknięte okno, bo szukali tylko wewnątrz budynku. Słyszeliśmy ich głosy:

- Zdieś ich niet i zdieś ich niet.

Słyszalność tego wieczoru była doskonała. Słowa, odgłosy, strzały niosły się daleko z powodu zmrożonej pokrywy śnieżnej i kilkustopniowego mrozu. Słyszeliśmy jak bandyci szukając nas na strychu w sianie zaczepiali o blachę dachu, jak do siebie mówili.

W tym czasie z plebani dochodziły do nas wyraźne odgłosy rozbijanych drzwi i okien. Walenie siekierami  przeplatało się z trzaskiem wyłamywanego drewna. Po jakimś czasie usłyszeliśmy straszliwy lament kobiet od Białowąsów „Głąbów”. Była tam babcia, matka, trzy córki i mieszkająca z nimi zaprzyjaźniona nauczycielka z Cebrowa. W czasie napadu uciekły na strych zamykając za sobą właz. Teraz paliły się żywcem, gdyż Ukraińcy podpalili ich dom. Tego wołania Boga i ludzi o pomoc opisać nie potrafię. To był jakiś koszmar. Chwilami dłońmi zatykałem uszy. Do końca życia nie zapomnę ich przerażonych, wręcz oszalałych z bólu krzyków. Kobiety te doznały piekła na ziemi.

Tymczasem ci, którzy włamali się do naszego domu, pobiegli dokonywać dalszych mordów, ale dwóch uzbrojonych ludzi pozostało u nas na czatach. Stali w ukryciu zachowując ciszę. Z pewnością byli to miejscowi nacjonaliści, którzy nas znali. Mieli nas zabić, gdybyśmy się tylko pojawili.

Blask bijący od palących się polskich zagród sprawiał, że we wsi było widno jak w słoneczny dzień. Ze strychu widziałem wszystko jak na dłoni. Pamiętam nawet taki szczegół, że łąkami przy rzeczce na koniu jechał i szukał po zaroślach ukrywających się Polaków mężczyzna w dużej kozackiej czapie z automatem przewieszonym przez pierś. Nikogo nie znalazł. Kiedy zbliżył się do nas słychać było, że nucił sobie jakąś pieśń. Tak, Ukraińcy to muzykalny naród ...

 

Trupy i zgliszcza

Na strychu siedzieliśmy wszyscy do czasu, gdy nieludzkie wycie palących się kobiet stało się nie do wytrzymania. Nie sposób było tego słuchać siedząc na strychu. Pierwsza nie wytrzymała nerwowo siostra Stasia. Siłą wyrwała łatę ze strzechaczami, spuściła czteroletnią siostrzenicę Kazię i sama zeskoczyła na ziemię za nią. Z dzieckiem pobiegła do piwnicy pod naszą stodołą. Za nią podążyła matka z bratem Kazikiem. Dołączył do nich mężczyzna mieszkający u sąsiadów - pan Czumalski, który cudem uniknął śmierci w czasie napadu na jego dom w Berezowicy Małej w lutym 1944 r.

W tym czasie inni Ukraińcy zajechali furmanką na nasze podwórko i zaczęli rabunek. Następnie podpalili dom wraz ze stodołą. Ukrytym w piwnicy brakowało powietrza do oddychania, czekali jednak z wyjściem zanim rabusie i podpalacze oddalą się. Siostra z dzieckiem po wybiegnięciu z piwnicy uciekając wpadła do dołu po kartoflach i przesiedziała tam do rana. Matka z bratem ukryta się w oborze u sąsiada Ukraińca za jego zgodą. Do mieszkania bał się jednak ich wpuścić.

Ja pozostałem na strychu do rana. Świtało, kiedy usłyszałem rozmowy po polsku. Z ukrycia zobaczyłem, że po pogorzelisku z naszego domu chodzi kuzyn Kazimierz Białowąs, syn Sylwestra, z drugą jeszcze osobą. Szukali naszych zwęglonych ciał. Zszedłem ze strychu, a kuzyn zapytał:

 - Gdzie są pozostali z rodziny?

Wskazałem miejsce ukrycia. Wtedy wróciła też matka z bratem i siostra z dzieckiem. Widząc pogorzelisko matka zaczęła płakać.

– Jak będziemy teraz żyć? – pytała przez łzy.

Wtedy kuzyn zwracając się do mojej mamy powiedział:

 - Niech ciocia nie płacze. Dobrze, że wszyscy żyjecie. Ja już nie mam matki, zabili.

Mówił to przyciszonym, żałosnym głosem powstrzymując łzy.

Zapytałem, kogo jeszcze zabili.

- Chodź to zobaczysz – odpowiedział.

Poszliśmy w stronę kościoła. Za studnią, naprzeciwko plebanii, w przydrożnym rowie leżała najmłodsza córka Białowąsów „Głąbów” - Stefcia. Owinięta była w naszą pierzynę, którą musieli zgubić rabusie. Już nie żyła. Chociaż ciało jej było mocno popękane i częściowo spalone, ocalał od ognia długi warkocz splecionych włosów. Oczy miała otwarte. Przez uchylone usta widać było śnieżnobiałe zęby. Wszyscy, którzy się jej wtedy przyglądali, płakali. Stefcia była piękną, 13 letnią dziewczyną, wyrośniętą, zgrabną i zawsze uśmiechniętą. Tak ją zapamiętałem. Stała się dla nas symbolem cierpienia pomordowanych Ihrowiczań. Był to widok szczególnie tragiczny i przygnębiający. Kto ją wtedy widział martwą, leżącą w rowie na tle dymiących jeszcze zabudowań, z całą pewnością zapamiętał na całe życie[42].

Postaliśmy chwilę nad jej zwłokami i poszliśmy na plebanię. Przed budynkiem leżał zastrzelony pies. Masywne drzwi ganku były połamane. Wszędzie pełno śladów po uderzeniach siekier i łomów. Ze środka wychodzili zapłakani ludzie. Nie mogłem tego znieść i nie wszedłem do środka, gdzie leżały porąbane zwłoki ks. Szczepankiewicza, jego matki, siostry i brata. Może podświadomie chciałem zapamiętać księdza żywego, pełnego powagi i dostojeństwa, choć czasem również wesoło żartującego z ludźmi? Nie wiem. Byłem wtedy 17 letnim, wrażliwym chłopcem[43]. Jak twierdzą ludzie, którzy weszli wtedy na plebanię, był to krwią ociekający widok. W pomieszczeniu była dosłownie ogromna kałuża krwi ...

Spod plebanii poszliśmy przez wieś w kierunku południowym. Przy studni koło Bojka Jantocha leżał Antoni Białowąs zwany „Wusaj” z racji dorodnych wąsów. Dostał strzał w prawy policzek. Po drugiej stronie drogi leżeli Aniela i Franciszek Białowąsowie wraz z babcią Julią. A z lewej strony, w bramie - Maria i Franciszek Białowąsowie „Wojtkoho Wicka”.

Wystarczyło mi tych przeżyć. Nie chciałem więcej oglądać tych okropności, skrwawionych zwłok ludzi żyjących jeszcze przed paroma godzinami, osób które od lat znałem i szanowałem.

Wróciłem na nasze podwórko i trochę ogrzałem się od dopalających się zgliszcz rodzinnego domu. Czas płynął, zaczęliśmy szykować się do ucieczki. Ktoś z sąsiadów przyszedł z wiadomością, że zbierają pomordowanych i saniami będą ich wieźć na cmentarz. Czekaliśmy przy drodze. Ukraińcy prawie nie pokazywali się. Stali w oknach uważnie obserwując co robimy.

Nadjechały sanie wypełnione zwłokami poukładanymi warstwami. Ciała były zamarznięte. Ludzie zastygli w pozach, które przybrali w chwili śmierci. Porozkładane na boki ręce pomordowanych jakby prosiły o litość. Prawie wszyscy mieli pootwierane oczy. Jedni patrzyli w niebo, drudzy spoglądali na stojących przy drodze ludzi. Na widok tych twarzy coś ściskało za gardło, do oczu napływały łzy. Żegnaliśmy ich na zawsze modląc się i płacząc.

Za saniami pełnymi trupów szła mała grupka ludzi. To najbliżsi odprowadzali swoich zmarłych. Szli zrezygnowani i milczący.

Wiem, że tych obrazów i przeżyć nigdy się już nie zapomni. One wracają i wracać będą przez całe życie bez naszej woli, w snach i na jawie.

Trudno to pojąć, ale zmarli żegnani byli zza zamkniętych okien obojętnym, a nawet niekiedy nienawistnym wzrokiem części współbraci Ukraińców. Smutne to, ale prawdziwe ...

    

W nieznane

Szykowaliśmy się do opuszczenia wioski. Korzystaliśmy z osłony IB nie wiedząc, czy po drodze nie będzie zasadzki. Byliśmy pewni, że ukraińskim nacjonalistom nie chodzi o pozbycie się Polaków z tych terenów, ale o całkowitą ich eksterminację.

Z naszego gospodarstwa ocalała obora. Pozostał też koń i wóz. Kilka rodzin załadowało swój dobytek i wyruszyliśmy w nieznane. Zebrał się cały tabor takich rodzin. Szliśmy za wozem opowiadając jeden drugiemu, jak ocaliliśmy życie. Jeden z Nakoniecznych mówił, jak to schronili się w kryjówce przygotowanej w piwnicy pod domem. Wcześniej zgromadzili w niej nieco żywności. Był tam m.in. worek soli, która w tych czasach miała wielką wartość. Dom specjalnie zostawili otwarty, żeby stworzyć pozory ucieczki na zewnątrz. Bandyci dali się na to nabrać i od razu zabrali się za grabież. Następnie podpalili dom. Ukrytym domownikom zaczęło brakować powietrza. Oddychali przez szmaty, a krytyczny moment nastąpił, gdy zaczął palić się właz do kryjówki. Wówczas pomogła sól, którą posypywali deski. Okazało się, że sól parując neutralizowała gryzący w oczy dym i utrudniała dostęp ogniowi. Tak wytrwali przez całą noc. Rankiem uwolnili ich sąsiedzi Polacy.

Wielkie wzruszenie ogarnęła wszystkich, gdy znaleźliśmy się na wzniesieniu. Mijaliśmy właśnie dzielnicę Wierzby, a oglądając się za siebie widzieliśmy Ihrowicę Dolną. Trudno wyrazić słowami to, co czuliśmy. „Żegnaliśmy miejsca, gdzie rodzili się nasi pradziadowie, dziadowie, ojcowie i my. Zostawialiśmy za sobą nie pogrzebanych bliskich. Wyjeżdżamy ze smutnym pytaniem – dlaczego?”[44]

Opuszczaliśmy miejsce swego urodzenia z przymusu, w samym środku zimy. Szliśmy w nieznane, w kierunku tarnopolskich gruzów. W Tarnopolu, mieście które przeszło sześciotygodniowe oblężenie wojsk sowieckich, nie było nieuszkodzonego domu. Ludzie mieszkali w piwnicach i różnych prowizorkach.

W końcu udało nam się znaleźć pokój, w którym zamieszkało kilka rodzin. Wszyscy spali pokotem na posadzce. Ale sen mieliśmy nareszcie spokojny. W Ihrowicy przed Bożym Narodzeniem najstraszniejsze były noce. Dzień jeszcze jakoś przechodził na gospodarskiej krzątaninie. Ale noce były bezsenne, groźne, niepewne i okropnie się dłużyły. Zewsząd wypełzały wtedy lęk i trwoga.

    

Tragedia rodziny Litwinów

     Tragicznie obszedł się los z rodziną Wincentego i Marii Litwinów. Mieszkali w Ihrowicy Górnej przy posterunku policji. Najstarszą osobą w rodzinie była matka Wincentego, Paulina. Dwoje dzieci w małżeństwie - to córka Stefania i syn Tadeusz. Z rodziny tej tragicznie zmarły trzy osoby, a mogło zginąć – cztery.

Podczas tragicznej wigilii w domu znajdował się Tadeusz z matką i babką. Wincenty zmobilizowany służył już w wojsku. W czasie dzielenia się opłatkiem domownicy zauważyli dziwny blask na zewnątrz domu. Wyjrzeli przez okno i okazało się, że to paliły się już polskie gospodarstwa. Na domiar złego Tadzio ujrzał idących w kierunku ich domu banderowców. Byli bardzo blisko

- To nasz koniec – powiedział do kobiet. – Poczekajcie, zdejmę ze ściany obraz Matki Bożej Fatimskiej, umrzemy trzymając go.

Kiedy Tadek sięgał po obraz, matka obserwująca napastników przez okno stwierdziła, że banderowcy z nieznanych powodów nagle zawrócili i skierowali się w inną stronę.

Tadzio z matką wykorzystali ten moment i wyskoczyli przez okno na ogrody. Skryli się w gęstwinie krzaków. Babcia Paulina nie była w stanie uciec ze względu na wiek. Po pewnym czasie mordercy wrócili, rozbili drzwi domu i zastrzelili staruszkę.

Tadeusz i matka całą mroźną noc spędzili w pobliskich zaroślach. Obydwoje byli święcie przekonani, że zawdzięczają życie Matce Boskiej Fatimskiej.

Dramat rodziny Litwinów zaczął się jednak na długo przed pamiętnym grudniem 1944 r. Miejscowi Ukraińcy usiłowali wysłać na przymusowe roboty do Niemiec 19-letnią Stefcię Litwin. Została już nawet zatrzymana i osadzona na posterunku policji ukraińskiej. Uciekła dzięki pomocy ojca, który znał rozkład budynku zajętego przez policję. Za uwolnienie córki Wincenty Litwin został jednak dotkliwie pobity przez policjantów.

Stefcia, która była zakochana w pewnym przystojnym, grzecznym, kulturalnym i dobrze zapowiadającym się koledze, robiła co mogła, aby uniknąć wyjazdu na przymusowe roboty. Przed poszukującymi ją policjantami ukraińskimi chowała się w różnych kryjówkach. Rzadko spała w domu. W końcu przeziębiła się, dostała zapalenia płuc, z którego wywiązała się galopująca gruźlica. Mimo pomocy ks. Stanisława Szczepankiewicza, Stefcia zmarła latem 1944 r.

Od chorej zaraził się gruźlicą jej brat Tadeusz. Miał wówczas 16 lat i był wybitnie utalentowany muzycznie. Grał w kościele na organach i pięknym głosem intonował pieśni w czasie nabożeństw.

U niego również choroba postępowała bardzo szybko. Noc spędzona na mrozie w czasie mordu wigilijnego pogorszyła stan zdrowia Tadzia. Po ucieczce z rodzinnego domu nie miał też warunków do leczenia gruźlicy. Zmarł we Lwowie, w pociągu, którym wraz z matka jechał do lubelskiej Polski.

Matka osiedliła się w Horodysku w powiecie chełmskim. Po powrocie z wojny Wincenty Litwin bardzo rozpaczał z powodu śmierci dzieci i matki. Syna Tadzia oczyma wyobraźni widział już w sutannie ...

W nowym domu Maria Litwin powiesiła obraz Matki Bożej Fatimskiej nad swoim łóżkiem tak, aby przy modlitwie móc wpatrywać się w twarz Maryi. Kiedy śmiertelnie zachorowała poprosiła o pozostawienie przy niej obrazu nawet wtedy, kiedy na zawsze zamknie oczy. Prośbę jej spełniono. 

 

Zabójstwo Michaliny i Czesi

Po masakrze w Ihrowicy mordy na Polakach bynajmniej nie ustały. Szczególnie tragiczny był los dwóch młodych kobiet - Michaliny Kupyny, córki Błaszkiewicza, żony Ukraińca Piotra Kupyny oraz 16 letniej Czesławy Nakoniecznej. Obie pochodziły z Dobrowód leżących 7 km od Ihrowicy i były Polkami.

Nazajutrz po mordzie w Ihrowicy, kiedy wieść o tragedii dotarła do Dobrowód, Michalina przybiegła do Ihrowicy niespokojna o swoją matkę. Zobaczyła obrabowany dom, spalone zabudowania gospodarcze, a za płotem u sąsiada Kotunia leżące na śniegu ciała trzech staruszek - Eudokii Nakoniecznej, Marii Nakoniecznej i jej matki - Wiktorii Białowąs.

Płacząc nad zwłokami matki Michalina wypowiedziała wiele gorzkich słów pod adresem zabójców. Doniesiono o tym miejscowym nacjonalistom, którzy postanowili ukarać ją śmiercią. Przeprowadzono w tym celu cały skomplikowany plan.

Ważną rolę odegrała w nim Anna Rudnik, szwagierka Michaliny, która przekazała jej nieprawdziwą wiadomość o powrocie z przymusowych robót w Niemczech Zośki, przyrodniej siostry Michaliny. Miała ona rzekomo czekać na kogoś z rodziny na dworcu kolejowym w Tarnopolu.

Michalina uwierzyła i postanowiła natychmiast jechać do Tarnopola, aby siostra nie udała się w niebezpieczną podróż do zamordowanej matki w Ihrowicy. Michalina pojechała wozem konnym. Dla bezpieczeństwa towarzyszyła jej kuzynka, licząca 16 lat Czesława Nakonieczna.

W Tarnopolu kobiety nie znalazły krewnej na dworcu kolejowym. Wracając zahaczyły o Ihrowicę sądząc, że może Zośka już tam pojechała. Zmierzchało, gdy z niczym wracały do Dobrowód. Banderowcy czekali na Michalinę na Karczunku. Zabrali obie kobiety do domu Tracza, gdzie wielokrotnie rozbierano je i brutalnie gwałcono. Nie pomogły błagania Michaliny, że zostawiła dwoje małych dzieci, 6 letnią córeczkę i 2 letniego synka, a jej mąż Ukrainiec jest na wojnie. Michalinę zamordowano.

Czesławę trzymano w strasznych warunkach jeszcze kilka dni, ale w końcu wypuszczono. Wycieńczona gwałtami i głodem powoli wracała do oddalonych o 5 km Dobrowód. W tym czasie w siedzibie bandy pojawiła się niejaka Zahaluczka, prawdopodobnie żona Ołeksy. Kobieta przekonała banderowców, że pozostawienie przy życiu Czesi jest dla nich niebezpieczne, gdyż dziewczyna może zdradzić miejsce pobytu bandy. Kiedy Czesia z trudem dochodziła do Dobrowód, dogonił ją na koniu banderowiec Horochowski, pochodzący z tej samej wsi. Obwiązał dziewczynę powrozem i przyprowadził z powrotem do domu Tracza. Tam dziewczynę zabito. Jej śmierci winni są Bohdan Ryznyczok, dowódca bandy i Sławko „Jarosław” Hołowatyj[45].

Według Władysława Nakoniecznego[46], konie z wozem Michaliny zabrała i sprzedała na jarmarku w Zbarażu, już w tydzień po jej śmierci, Anna Rudnik. Banderowcy pozwolili jej zabrać też ubiór podróżny po bratowej.

 

Śmierć Katarzyny Biskupskiej z dziećmi

Nagła ucieczka około tysiąca Polaków w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia spowodowała euforię u ukraińskich nacjonalistów. Po napadzie na Ihrowicę sowieckie władze nie przeprowadziły jakiegokolwiek dochodzenia ani żadnych prób ustalenia sprawców. Bandyci poczuli się panami życia i śmierci miejscowej ludności. Swoją agresję zwrócili w kierunku ukraińsko-polskich rodzin mieszanych. Pod pozorem błahych czasem zarzutów o wydarzenia sprzed lat, jak np. pójście do kościoła, a nie do cerkwi, czy ochrzczenie dziecka w kościele - dochodziło do zabójstw i rabunków, których ofiarami pdali Ukraińcy utrzymujący bliższe kontakty z Polakami.

Tak stało się z Katarzyną Biskupską, żoną  Józefa, Polaka, który zginął w 1939 r. w walkach pod Iłżą. Katarzyna czuła się Ukrainką i nie miała zamiaru wyjeżdżać do Polski. Wychowywała troje dzieci, miała dom i gospodarstwo. Najstarsza, 16 letnia córka Hanka pracowała w Tarnopolu jako służąca. Syn Józek miał 13 lat, a najmłodsza Stasia - 7. Tylko syn był ochrzczony w kościele rzymskokatolickim, gdzie też uczęszczał na niedzielną Mszę św. Córki chodziły do cerkwi, bo takie obyczaje w małżeństwach mieszanych były utrwalone w tych stronach przez dziesięciolecia.

Katarzynę uznano za niewygodnego świadka ukraińskich niegodziwości. Widziała jak jej sąsiedzi Ukraińcy bez skrupułów rabują dobra pomordowanych Polaków i krytycznie te praktyki oceniała. Dlatego postanowiono jej się pozbyć.

Mordu dokonano nocą w marcu 1945 r. Katarzynę z dwojgiem dzieci znaleziono w leju po bombie na górze za jej domem. Cała trójka była powiązana sznurami.

Z całej rodziny ocalała tylko 16 letnia Hanka, która w tym czasie była na służbie w Tarnopolu. Do Ihrowicy po śmierci matki, siostry i brata nie mogła już wrócić[47].

Śmierć Katarzyny z dziećmi odbiła się głośnym echem po okolicy. Znana stała się także awantura między dwoma Ukrainkami o łupy po śp. Katarzynie. W pewną niedzielę po wyjściu z cerkwi w obecności wielu ludzi o mało nie doszło do rękoczynów. Poszło o szal śp. Katarzyny zrabowany po jej śmierci. Obie kobiety uważały, że mają prawo do tej zdobyczy i usiłowały sobie szal na siłę wydrzeć. Padały wyzwiska, złorzeczenia i przekleństwa.

Awantura o szal spowodowała wśród Ukraińców dyskusję o rabunku polskich dóbr. Zdania były podzielone. Jedni twierdzili, że to grzech, inni go usprawiedliwiali[48].

 

Sąd nad trzema Polkami

Gospodarząca na Korczunku moja ciocia Stefania Sroka z córką Czesławą każdej nocy spały u życzliwych sąsiadów Ukraińców. Kiedy na gwiazdkę zobaczyły płonącą Ihrowicę, przemieszczające się bandy i tabor zrabowanego dobytku, uznała, że jest to zbyt niebezpieczne. W święto Bożego Narodzenia zabrała dziecko, zwinęła najpotrzebniejsze rzeczy w tobołek i powędrowała 16 km do Tarnopola wpraszając się na chwilowe zamieszkanie do polskiej rodziny.

W Tarnopolu najbardziej doskwierał im brak żywności. Matek, które nie miały czym nakarmić dzieci, były w mieście setki. Do Tarnopola ściągali Polacy z wielu okolicznych wiosek zagrożonych przez OUN-UPA. Dlatego niektórzy chyłkiem przemykali się do swoich gospodarstw, aby przynieść trochę ziemniaków, warzyw, mąki itp.

Tak też zrobiły trzy mieszkanki Korczunku - Stefania Sroka, Anna Barylska i Marcelina Burakowska. 30 grudnia, tydzień po mordzie w Ihrowicy, wybrały się do swoich gospodarstw po żywność. Grudniowy dzień był krótki i nie zdążyły przygotować produktów przed zmrokiem. Sąsiedzi Ukraińcy namówili je na nocleg. Jednak nocą przyszli banderowcy. Powyciągali Polki spod łóżek, a dowódca bandy wydał rozkaz wyprowadzić i rozstrzelać kobiety.

O darowanie życia Polkom prosili zarówno ukraińscy sąsiedzi, którzy przekonywali banderowców, że to niewinne, dobre sąsiadki, jak też same kobiety błagając na kolanach o życie. Szlochając mówiły o swoich pozostawionych w Tarnopolu dzieciach, którymi nie będzie się miał kto zająć, gdyż mężowie walczą na froncie.

Ich rozpacz zrobiła pewne wrażenie na dowódcy. Jeden z banderowców przypomniał, że Stefania Srokowa latem nakarmiła i dała cywilne ubranie dwóm Ukraińcom z dywizji SS „Galizien” i nikomu o tym nie doniosła. Potwierdzili to sąsiedzi Ukraińcy. Ostatecznie dowódca zdecydował, że dwie młodsze Polki pozostaną przy życiu, jednak starszą nakazał rozstrzelać. Tak zginęła 70 letnia Marcela Burakowska. „Ułaskawionym” Polkom banderowcy kazali opuścić wieś rano i bez żywności.

Po tym tragicznym zdarzeniu niektórzy sąsiedzi Ukraińcy zobowiązali się dowozić do Tarnopola potrzebne produkty z polskich gospodarstw, które i tak były rozgrabywane pod nieobecność właścicieli.

DALEJ