Wyjazd w nieznane

Przez dwa miesiące w ciasnocie i ciężkich warunkach sanitarnych czekaliśmy na wyjazd do tzw. Polski Lubelskiej. Dopiero pod koniec lutego 1945 r. dowiedzieliśmy się, że wagony dla nas będą podstawione 1 marca. Tak też się stało. Nie było problemu z załadowaniem do jednego wagonu towarowego kilku rodzin z całym dobytkiem. Doskonale pamiętam, że w wagonie było nas łącznie 36 osób. Majątek rodziny składał się przeważnie z kilku tobołków obwiązanych sznurkami. Nie mieliśmy zapasów żywności, garnków czy mebli. Wszystko to zostało zrabowane i spalone. Odzieży mieliśmy tylko tyle, co na sobie. Ofiarowali ją nam dobrzy sąsiedzi Ukraińcy. Uciekając przed banderowcami nie zdążyliśmy się nawet ubrać, a cały nasz dobytek został przecież zrabowany i spalony.

Pod wieczór, kiedy pociąg ruszył, kobiety zaczęły głośno modlić się i płakać. Tak żegnaliśmy swoje rodzinne Podole. Każdy chciał ostatni raz spojrzeć na pagórki i jary tarnopolskiej ziemi rysujące się w poświacie zachodzącego słońca. Widać je było przez wąski otwór uchylonych drzwi wagonu. Wszystkim łzy spływały po policzkach. Ktoś przypomniał listy Ihrowiczan pisane z Syberii, pełne wspomnień o ukochanej ziemi, na której od stuleci rodzili się, wzrastali, kochali i dożywali starości.

– Teraz i my będziemy tak tęsknić za swoimi stronami – ktoś szepnął.

W drodze pociąg zatrzymywał się na dłuższe postoje, bo pierwszeństwo miały eszelony z wojskiem i sprzętem wojennym. Wychodziliśmy wtedy na poszukiwania węgla lub drzewa do piecyka w wagonie, biegaliśmy z wiadrami po wodę, ciągle nasłuchując sygnału do odjazdu. Ciągle obowiązywała maksymalna ostrożność w obawie przed zasadzką UPA. W słoneczne dni zdejmowaliśmy koszule i biliśmy wszy.

Minęły dwa tygodnie zanim dojechaliśmy do Bełżca. Chciano nas tu wysadzić, lecz nie zgodziliśmy się. Okazało się, że i tu trwa ukraiński horror. Spotkani Polacy z pociągów wyładowanych wcześniej na stacji w Bełżcu ostrzegli nas przed napadami i mordami dokonywanymi i tu przez UPA. Mieliśmy dość ciągłego strachu przed ukraińskimi siekierami, więc nie opuściliśmy wagonów, domagając się zawiezienia w głąb Polski.

W końcu nasz wagon trafił do Chełma. Ekspatriantów nie wożono jeszcze wtedy za Wisłę na ziemie odzyskane, bo toczyły się tam walki. Przydzielono nam mieszkanie we wsi Parypse - 7 km od Chełma. Kiedy ojciec w wojsku dowiedział się gdzie jesteśmy, przyjechał i wystarał się w P.U.R. o lepsze gospodarstwo i większy dom w Stawie Lubelskim 9 km od Chełma.

W domu tym byli jeszcze dotychczasowi gospodarze - Ukraińcy, którzy oczekiwali transportu na Ukrainę. Mieszkaliśmy przez dwa tygodnie razem i bardzo mile ich wspominamy. Było to małżeństwo w średnim wieku z dwojgiem prawie dorosłych dzieci. Gospodarz, Ignacy Szady, miał syna Janka, który okazał się moim rówieśnikiem. Jego siostra Leokadia była o dwa lata młodsza. Byli to ludzie kulturalni i uczynni. Podzielili się z nami żywnością. Mile wspominam pieczenie placków ziemniaczanych, którymi wówczas najadaliśmy się do woli. Opowiedzieliśmy im o tym, co nas spotkało w Boże Narodzenie i jaka zbrodnicza organizacja mordowała Polaków. Nie popsuło to dobrych stosunków między nami. Świadczyliśmy sobie drobne przysługi. Ciekawe, że my Polacy uczyliśmy Ukraińców Lodzię i Janka piosenek ukraińskich i poprawnej, ukraińskiej mowy, gdyż oni rozmawiali mało zrozumiałą tzw. chachłacką gwarą.

Kiedy nadszedł dzień odjazdu, nasi gospodarze załadowali swój dobytek na trzy wozy. Zabrali całe wyposażenie mieszkania, pościel, ubrania, naczynia kuchenne, zgromadzone zapasy żywności, wiele worków zboża, konie i krowy. Załadowali również sprzęt rolniczy - pługi, brony itp.

Widzieliśmy, że żal im było własnego domu i gospodarstwa. Rozumieliśmy to doskonale i współczuliśmy im. Pomagałem Jankowi Szademu ładować na wozy ich dobytek. Przyglądaliśmy się im z pewną zazdrością. My takich warunków wysiedlenia nie mieliśmy. Dobrze, że uciekliśmy przez okno z własnego domu i zachowaliśmy życie. Oni byli dobrze ubrani i odżywieni. Nie straszyliśmy ich też kołchozami, ani nie prosiliśmy, żeby nam zostawili trochę dobytku.

Pani Szada na pożegnanie życzyła nam rychłego powrotu w rodzinne strony. Miała nadzieję, że wówczas oni wrócą na swoje gospodarstwo. My też życzyliśmy, żeby im się dobrze wiodło na szerokiej Ukrainie. Zgodziliśmy się, że oni nie wyjeżdżają z naszego powodu, lecz że takie decyzje zapadły na wysokich szczeblach władzy - tak zdecydował Stalin.

W Stawie Lubelskim mieszkaliśmy przez 5 lat zanim nie wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane. Takich rodzin jak nasza było bardzo wiele. Nazywano nas dziadami zza Buga, bo nie mieliśmy niczego – ani co jeść, ani naczyń kuchennych, mebli, łóżek itp. Trzeba było ciężko pracować i zaczynać wszystko od początku.

 

Zamiast epilogu

Czy ukraińscy sąsiedzi wiedzieli ...?

Nie sposób nie zadać sobie tego pytania, gdyż dotyczy naszych bezpośrednich sąsiadów, a wiec ludzi w jakiś sposób nam, Polakom z Ihrowicy bliskich.

Zapewne część Ukraińców, tych skoligaconych z Polakami, nie spodziewała się, że nastąpi masowe ludobójstwo. Starym zwyczajem wielu Ukraińców przyszło na Wieczerzę do swoich polskich rodzin, do sąsiadów czy przyjaciół. Zresztą w czasie napadu sąsiedzi Ukraińcy z reguły nie odmawiali Polakom schronienia, choć groziła za to śmierć.

Jednocześnie trudno jest jednak oprzeć się wrażeniu, że wielu sąsiadów wiedziało o planowanym napadzie. Tego dnia jakoś nie było ich widać krzątających się po obejściach, mieli też pozamykane domy, w których siedzieli wyglądając przez okna. Podejrzenia nasuwa również fakt, że w okresie poprzedzającym napad w rozmowach miedzy sobą Ukraińcy wymieniali datę 25 grudnia, kiedy to miała nastać w Ihrowicy „wolna Ukraina”. Przed Wigilią nasza sąsiadka Ukrainka powtórzyła nam ze współczuciem zasłyszane na wsi zdanie, że „teraz Polakom trzeba będzie umierać, bo nie mają innego wyjścia”.

Anna Nakonieczna w pamiętną Wigilię została wprost ostrzeżona przez sąsiadkę Ukrainkę o czekającym ją niebezpieczeństwie. Jednak sąsiadka nie zaproponowała jej pomocy.

Niewątpliwie część Ukraińców z Ihrowicy wiedziała o zaplanowanej na Wigilię masakrze Polaków. Przestrzegali też zaleceń UPA i SKW i nie wychodzili tego wieczoru z domów, ani nie udzielali pomocy Polakom pod groźbą kary śmierci.

Polacy, którzy przeżyli mord w Ihrowicy, pamiętają, że wielu sąsiadów Ukraińców patrzyło na ich nieszczęście bez najmniejszego wzruszenia. Ci żałujący Polaków woleli nie pokazywać się im na oczy. Publiczna litość dla Polaków była w tamtym czasie karana śmiercią.

Warto jeszcze przypomnieć, że Ihrowicę zaatakowała sotnia „Burłaka”, która wykonując rozkazy przywódców UPA, dokonała ludobójczego rajdu po województwie tarnopolskim. Okazuje się, że winnym zbrodni ludobójstwa dziś na tych ziemiach odrodzeni nacjonaliści ukraińscy stawiają pomniki sławy. Tak uczczono w 1995 r. w Zbarażu pamięć „Kłyma Sawura”, czyli płk. Dmytra Kłaczkiwśkoho, watażki UPA, odpowiedzialnego za wymordowanie na Wołyniu tysięcy bezbronnych Polaków.

Jak pogodzić ten konflikt, w którym z jednej strony żyjące jeszcze ofiary „heroicznej” UPA domagają się ujawnienia prawdy o zbrodniach tej formacji, a jednocześnie z drugiej strony pogrobowcy ukraińskiego nacjonalizmu nie chcą przyznać się do żadnej winy, nawet do tak bogato udokumentowanego mordu jak w Ihrowicy.

Po czterech dniach od napadu na Ihrowicę sotnia „Burłaka”, stosując dokładnie same metody, urządziła rzeź w innej podolskiej wsi – Łozowej. Wymordowała w niej 106 osób[49]. W styczniu 1946 r. sotnia działa już w Bieszczadach. Okazało się, że banderowcom pozostał szczególny nawyk do napadów i mordów w wigilię Bożego Narodzenia[50].

 

 

Podolacy mówią dziś ...

 

Józefa Rawska - Jelenia Góra

... Bardzo dziękuję za cenną książkę, która przywołuje wspomnienia tragicznej nocy wigilijnej 1944 r. w Ihrowicy. Tę noc dobrze pamiętam, choć miałam wtedy tylko cztery lata i dziewięć miesięcy. Było nas wtedy w domu pięcioro: dziadkowie, Mama, młodsza ode mnie o rok siostra i ja. Ojciec Karol Tokarczuk, współwłaściciel dużego młyna, był na froncie.

Mama przygotowywała wieczerzę, panował odświętny nastrój, za chwilę mieliśmy dzielić się opłatkiem. Nagle wbiegł do nas ktoś z rodziny Matki i ostrzegł o napadzie banderowców. Babcia zdążyła tylko krzyknąć: „Bierzcie dzieci”! Dziadek, Stefan Białowąs, syn Jankowego Wicka, wziął mnie na plecy, a mama chwyciła na ręce siostrę i wybiegli na dwór. Była widna noc, lśnił śnieg, biła łuna z palącego się domu położonego koło wodnego młyna kilka domów dalej. Przypominam sobie, jak z tego domu leciały do góry języki ognia. Ten płonący dom prześladował mnie w snach przez kilka lat dzieciństwa. Nie mieliśmy wtedy możliwości daleko uciekać, więc ukryliśmy się po przeciwnej stronie gościńca w prowizorycznej piwnicy na ziemniaki położonej za zabudowaniami gospodarczymi wujka mojej matki, który tam też był. Mama zaglądała na gościniec i widziała, jak przechodzili tamtędy uzbrojeni banderowcy. W tym czasie w domu pozostawała samotnie sparaliżowana babcia. Kiedy w przerażeniu opuszczaliśmy dom nikt nie zamknął drzwi, były więc otwarte, a szyby w oknach popękały, gdyż bardzo blisko palił się dom. W mieszkaniu panował więc ziąb. Babcia, kiedy zobaczyła, że na podwórze weszli dwaj mężczyźni, zaczęła krzyczeć, żeby ją dobili, gdyż strasznie cierpi. Ale oni nawet nie weszli do środka. Babcia przeżyła wówczas straszliwy atak reumatyzmu. Dom nasz ocalał, mimo ognia w pobliżu, gdyż był pod blachą.

Rano na wieść o śmierci Księdza Proboszcza i tylu Polaków, w domu zapanowała zgroza. Księdza Stanisława Szczepankiewicza dobrze sobie przypominam, gdyż przychodził do nas i na środku pokoju czytał babci listy z frontu od wujka Kazika, który teraz mieszka w Gdyni.

W 1977 r. odwiedziłam z mężem, dziećmi i ojcem Ihrowicę. Byłam też na cmentarzu i widziałam grób ks. Szczepankiewicza, a także zbiorową mogiłę pomordowanych tej tragicznej nocy.

My Ihrowiczanie jesteśmy wdzięczni Panu za to żmudne zbieranie dokumentów i opisywanie wydarzeń, które są przyczynkiem do wielkich prac historycznych, a przede wszystkim informują o przeżyciach pokolenia wojennego. Prosty i jasny język Pańskiej książki, styl komunikatywny i obrazowy powodują, że przemawia ona silnie do uczuć i wyobraźni, przywołuje tragizm naszej sytuacji, budzi grozę tamtych czasów. Książka napisana z całym wstrząsającym realizmem należy na pewno do pozycji posiadających wartość nieprzemijającą.

Serdecznie Pana pozdrawiam, życzę dużo zdrowia i sił w dalszej pracy nad dziejami naszej małej Ojczyzny - Tarnopolszczyzny.

 

Kazimiera Mazurek - Gręzowa

(....) Czytając książkę wciąż płakałam i przeżywałam z wielkim bólem w sercu wspomnienia tragedii przeżytej w nocy wigilijnej 24 grudnia 1944 r. Tej tragicznej nocy nie zapomnę do końca mego żywota. Przeżyliśmy ją we czworo. Ja mając trzy lata, moja siostra lat cztery, nasza mama z domu Białowąs, córka Stefana i Paraskiewii Białowąs „Jankowego Wicka” oraz nasza babcia Parascewia, która była chora i nie mogła chodzić.

Tę tragiczną noc zamienioną w piekło przeżyliśmy tylko dzięki Bogu oraz pomysłowości i szybkiej decyzji naszej mamy. Z opowieści mamy wynikało, że w nocy z 24 na 25 grudnia spokojna wieś Ihrowica, która przygotowywała się do wieczerzy wigilijnej została okrążona przez sotnię banderowców. Rozpoczęli oni mordowanie i podpalanie gospodarstw, w których żyli Polacy. Gdy widać było piekło na wsi, mama szybko zabrała nas pod pachę i wyniosła do sąsiada Ukraińca Michałka na ogród, schowała w jakimś dole i przykryła słomą. Po zamaskowaniu nas chciała wrócić do domu po swoją mamę, ale Michałko nie pozwolił. - Pójdziesz po mamę i tam ciebie zabiją, a ja będę musiał twoje dzieci chować – przekonał mamę Michałko.

W tym dole przesiedziałyśmy aż do rana. Było bardzo ciemno, straszno i zimno. Po tej nocy ciężko zachorowałam z zimna i wyczerpania. Nasz dom nie spłonął, bo był kryty blachą i dopierał do sąsiada Ukraińca. Po sąsiedzku dom się spalił całkowicie i od tej wielkiej temperatury w naszym domu popękały wszystkie okna. Dzięki temu, że naszego domu nie podpalono, babcia też przeżyła.

Ja osobiście uważam, że książka Pana jest udaną opowieścią i lekturą o mojej ukochanej wsi Ihrowicy. Tam urodziłam się i zostałam ochrzczona przez naszego wspaniałego Bohatera, księdza Stanisława Szczepankiewicza. W tej książce oprócz tragedii wigilijnej jest zawarta wspaniała historia rozwoju wsi wraz z jej mieszkańcami ...

 

Józef Jaroszewski – Zamość

... muszę stwierdzić, że opisując tak obszernie historię Ihrowicy i działaczy oświatowych, musiałeś włożyć dużo pracy, sięgnąć do materiałów historycznych ... Jeśli mam ocenić Twoją pracę, to tylko pozytywnie. Dzięki Tobie poznałem historię Ihrowicy ... O legendzie Małego Janka coś niecoś słyszałem z opowiadań mojego dziadka, Mateusza Nowakowskiego z Jankowiec. Oni prawdopodobnie się dobrze znali, bo mój dziadek też był działaczem oświatowo-niepodległościowym. Dopiero jak przeczytałem Twoją książkę, przypominam sobie dyskusje i opowiadania dziadka w gronie sąsiadów. Przypomniałeś naszych nauczycieli, którzy uczyli przed wojną. Z Twojej książki wynika, że ta kulawa nauczycielka była córką Małego Janka.

Szczegółowo opisujesz działalność band UPA w Ihrowicy. Operujesz nazwiskami, gdy ja je pozapominałem.

Ze wsią byłem związany poprzez szkołę i Kościół. Ludzi z Kolonii Chomy pamiętam prawie wszystkich. Znałem również kilkanaście rodzin żydowskich. Jadąc z Chomów po stronie lewej mieszkali: Munio i Herszko, a po prawej Helo. Następnie, Abramko ze złotymi zębami, Pilcer, ten, którego córka Anna chodziła do szkoły ukraińskiej w roku 1940/41. W pobliżu kościoła mieszkał Herc, Dudio i Marko. Początkowo ci Żydzi pracowali u Niemców na górze ditkowickiej przy budowie stacji nadawczej. Po wywiezieniu Żydów do getta, Niemcy zostawili sobie do pracy Icka Maksa i Srólka Dudiowego. Po kilku miesiącach oni uciekli i ukrywali się w lesie nazywanym Skałą. Icek Maks w 1944 r. razem z nami służył w Istrebitielnym Batalionie w Hłuboczku Wielkim.

Na zakończenie podaję kilka wydarzeń, które utkwiły mi w pamięci:

1. 17 września 1939 r. Sowieci rozbili oddział artylerii polskiej zdążającej na południe. Urządzili obóz dla oficerów, policjantów

i cywilów na polu Mandzija. Po 3-4 dniach wszystkich internowanych popędzili na wschód w kierunku Dobrowód.

2. Około 20-25 września 1939 r. Mikołaj Mulikiewicz zabił młodego polskiego nauczyciela.

3. Lipiec 1941 r. - wkraczają Niemcy, palą kilka gospodarstw chłopskich i zabijają 5 osób.

4. Około 15 lipca 1941 r. Szkolny i Hołub zabijają Kopaczuka, byłego „hołowu” kołchozu.

5. Jesienią 1942 r. na drodze między wsią Jankowce i Małoszowce dwóch braci Kołodijów zastrzeliło Polaka z Tarnopola o nazwisku Kozieczko, który w tych okolicach kolczykował bydło i trzodę chlewną.

6. Wrzesień 1943 r. - policja ukraińska wraz z Niemcami wykryła kryjówkę Żydów z Ihrowicy u Żuraka Wasyla i jego matki. Byli tam: Herc z żoną i dwojgiem dziećmi oraz Munio. Sam Żurak uciekł.

7. 25 luty 1944 r. - zostaje zamordowany Franciszek Dziedzic i jego syn Kazimierz.

Chciałbym bardzo, aby w końcu stanął na zbiorowej mogile pomordowanych jakiś pomnik lub choćby krzyż. Jestem gotów udzielić wsparcia finansowego i proponuję uczestnictwo w budowie oraz w poświęceniu. Jednak obawiam się, że jak załatwianie tej sprawy będzie się przeciągać, to zabraknie świadków naszej tragedii. Przecież od czasu tej rzezi minęło 57 lat. Wielu z tych ludzi już nie żyje, a i pozostali systematycznie odchodzą. Jeśli nasze pokolenie tego nie zrealizuje, to nasi następcy nie będą się angażować w tę powinność. My tę tragedię przeżyliśmy i my jesteśmy uczuciowo zaangażowani.

 

Maria Jermakowicz-Lichwiarz - Bolesławiec

... dziękuję za książeczkę, w której opisał Pan tragedię Ihrowiczan. Po przeczytaniu byłam wstrząśnięta tym, co ludzie wycierpieli. Moje przeżycia nie były aż tak okropne i nieraz dziękowałam Bogu za to, że nas wywieźli na Sybir. To zło nas ocaliło od okrutnej śmierci z rąk banderowców. Bo skoro Was, rdzennych Polaków skoligaconych małżeństwami nie oszczędzono, to co mówić o nas na kolonii Kalinka.

To prawda, że wycierpieliśmy wygnanie, poniewierkę, głód, chłód i choroby. Wielu ludzi przepłaciło to życiem. Moje dwie siostry tam zmarły na wskutek przeziębienia i głodu. Ginęli też ludzie, którzy ośmielili się powiedzieć głośno, że im się to nie podoba. Byliśmy tam niewolnikami zwanymi - specprzesiedleńcy. Pracowaliśmy w lesie przy wyrębie, wywózce i spławie lasu. Mężczyźni budowali baraki z drzewa. Mieszkaliśmy nad rzeką w lesie, Do najbliższej wioski było 35 km. Tak było przez 4 lata. Po amnestii wyjechaliśmy na Białoruś do sowchozów. Tutaj Polakom było lżej żyć, bo pracowaliśmy w gospodarstwach rolniczych. Warunki klimatyczne również nam bardziej sprzyjały. Było lepsze wyżywienie. Z Białorusi w zorganizowany sposób przywieźli nas do Polski na Ziemie Odzyskane. Przed wyjazdem każdego wzywali i pytali, czy chce jechać do Polski. Namawiali żeby zostać na Białorusi. Z Kalinki z nami nikogo nie było ... Z tego co wiem, to z Kalinki wywieźli wszystkich, którzy mieszkali na ziemi rozparcelowanej po panu Koryłowskim, nawet Ukraińców ...

O tragedii Ihrowicy dowiedziałam się najpierw od rodzin Błaszkiewiczów i Garbiczów, których spotkałam w Kłodzku ...

Ihrowicę znałam, bo tam chodziłam do szkoły. Pamiętam nauczycielki: panią Białowąs Parascewię i panią Chabinową. Innych sobie również przypominam, tylko zapomniałam ich nazwiska. Dobrze pamiętam księdza Szczepankiewicza. Był bardzo dobrym człowiekiem. Nie robił różnic między Polakami a Ukraińcami, a już szczególnie między dziećmi. Wszystkich jednakowo leczył, a nawet wspomagał materialnie, jak zaistniała taka konieczność.

Ten pan z Kalinki, który miał te ładne konie, nazywał się Ciurlik. Był wywieziony z rodziną. Jego dorosłe córki - Bogusława i Irena - zmarły w Korni ASSR na tyfus w jednym dniu. Syn starszy zginął na wojnie. Rodzina ich po wojnie zamieszkała w Międzylesiu ...

 

Krystyna Rybaczek - Nidzica.

... dla nas i dla Ihrowiczan, a zwłaszcza dla tych, którzy ten mord przeżyli, jest to książka bezcenna. Dużo pracy Pan włożył, żeby zgromadzić tyle materiału historycznego. Jesteśmy Panu za to wdzięczni, bo nasze dzieci i wnuki dowiedzą się, cośmy przeżyli i jak to faktycznie było.

Ja miałam wówczas 4 lata, więc niewiele pamiętam. Za to mama często opowiada, a szczególnie wraca do tego tematu w każde święta Bożego Narodzenia ...

Na stronie 121 Pańskiej książki jest zdjęcie członków rady gminnej z 1939 r. Ten podpisany jako nieznany z numerem 17, to mój ojciec, Wincenty Białowąs, dziś już nieżyjący.

Wyszłam za mąż za Kresowiaka, który urodził się we wsi Płaucza Wielka, pow. Brzeżany. Mama mojego męża oraz kuzynka z dzieckiem też zostali zamordowani w ich domu.

 

Czesława Narut Białowąs - Rożkowice

... za książkę serdecznie dziękuję. Zachowam ją jako pamiątkę. Przypominać mi będzie moje dzieciństwo, szczęśliwe lata młodości i lata tragiczne, wojenne, kiedy wywozili nas do Kazachstanu.

Nie przeżywałam tej tragicznej wigilii w 1944 r. razem z Wami, więc tym bardziej książka ma dla mnie wielką wartość.

We wrześniu w Korfantowie na uroczystości rocznicowej zawsze spotykam się z koleżankami i kolegami z Ihrowicy i zawsze się z tego cieszę. Spotkałam tam Jankę i Julcię od Kowaniuków i wiele innych osób, z którymi nie widziałam się od 1940 roku.

Janek nie gniewaj się, że nie napisałam wcześniej do Twojej książki. Mój życiorys jest długi i bardzo smutny ...

 

Julia Białowąs Litwin - Pszenno 

... Janek, Ciebie to chyba Pan Bóg natchnął, żebyś opisał to, co przeżyliśmy w Ihrowicy w Wigilię Bożego Narodzenia w 1944 roku. Często przeglądam spis pomordowanych, bo znałam i pamiętam wszystkich. My poumieramy, ale książka pozostanie i będzie zaświadczać, co przeżyliśmy ...

 

Maria Rzechuła - Nowogard

... U nas w Nowogardzie mieszka córka Jana Dudczaka, który jest na zdjęciu z końmi. Jego żona pochodziła z rodziny Doroszczuków. Opowiedziała co widziała i zapamiętała z 25 grudnia 1944 roku. Miała wówczas 10 lat i była razem z matką na plebanii. Wszyscy pomordowani leżeli na podłodze w kałuży krwi.

Ja również widziałam, tylko nie pamiętam z kim byłam. Zapamiętałam wyłamane drzwi do ganku i sieni, a przed gankiem zastrzelonego psa. Wewnątrz wszystkich pozabijanych siekierami. Widoku tego nie zapomnę, dopóki będę żyła. Nie zapomnę również Stefci Białowąs leżącej w rowie. Wszystko co opisałeś jest prawdą i pracę oceniamy bardzo wysoko. Gdyby książka ukazała się parę lat wcześniej, to żyli jeszcze wtedy ludzie, którzy przekazaliby więcej szczegółów, ponieważ zajmowali się grzebaniem ciał. Ale i tak dobrze, że możemy mówić i pisać o tym. Jak czytałam to płakałam, bo wyobrażałam sobie, że jestem w Ihrowicy. Jestem bardzo Ci wdzięczna, że naszą tragedię opisałeś. Po tylu latach zdawało się, że Oni pomarli, ale Oni wciąż żyją w naszych umysłach i sercach.

Janku, jeśli będziecie jechać do Ihrowicy, to nie zapomnijcie o mnie. Chętnie zabiorę się z Wami.

 

Krystyna Piątek-Białowąs - Wrocław

... dziękuję za książkę, która jest dla mnie szczególną pamiątką. Przecież cudem ocalałam z tej rzezi. Dobrze, że chciałeś włożyć tyle wysiłku, by ludzie nie zapomnieli o tej zbrodni, chociaż teraz ze względów politycznych niechętnie mówi się o tym, by nie drażnić Ukraińców. Trzeba jednak mieć nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Na pewno wielu ludzi jest Ci wdzięcznych, bo książka ma wartość historyczną. Mord Polaków w Ihrowicy nie będzie zapomniany, właśnie dzięki Tobie.

 

Wiktoria Białowąs - Horodysko

... Dziękuję Ci Janku za bardzo wartościową książkę. Jest pięknie napisana. Przypomina młodość, która obfitowała w chwile wesołe. Ale przypomina też dni straszne i tragiczne. Jestem już po siedemdziesiątce i nieraz zastanawiałam się, dlaczego nikt nie wspomina ihrowickiej tragedii wigilijnej. W końcu się doczekałem dzięki Tobie. Tych ludzi, którzy przeżyli mord mało już zostało. Niech ta książka pozostanie na pamiątkę w każdej ihrowickiej rodzinie, a dla młodych niech będzie jak katechizm.

 

Stanisława Białowąs-Litwin - Jędrychowice

... Książka, którą napisałeś, jest wspaniała. Jestem zdumiona i zaskoczona Twoją wiedzą o naszej miejscowości. Dobrze, że napisałeś o powstaniu, historii i patriotyzmie Polaków w niej żyjących. Przypomniałeś nam kiedy i z jakimi trudnościami budowany był kościół, szkoła i dom ludowy. Pisałeś o ważnych obiektach w Górnej i Dolnej Ihrowicy oraz o pomnikach patriotycznych, przy których odbywały się uroczystości 3-cio majowe i listopadowe. Bardzo dużo dowiedziałam się o współżyciu Polaków z Ukraińcami, począwszy od połowy XVIII wieku aż do II wojny światowej. Tego wszystkiego nie wiedziałam i za to jestem Ci wdzięczna.

Konrad Chabin - Wrocław

Dziękuję za piękną książkę. Jest to część i moich przemyśleń, bo budzi wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa, a z drugiej strony - straszliwej tragedii. Chociaż bezpośrednio nie przeżywałem tego strachu, którego same odgłosy budziły grozę i przerażenie ... Czas zabliźnia rany i nie chodzi o ich rozdrapywanie i budzenie nienawiści, która prowadzi do nikąd. Pamięć i wspomnienia tamtych dni, opisanych przez Ciebie, niech będą hołdem złożonym tym, którzy tak tragicznie i niewinnie zginęli. Niech to budzi refleksję nad bezsensem zbrodni. Dobrze, że są tacy ludzie jak Janek Białowąs, który wytrwale, nie szczędząc trudu zbiera materiały, porządkuje, konfrontuje ze wspomnieniami innych, by w uporządkowanej formie zachować od zapomnienia i przekazać potomnym, jako ich niezbywalne dziedzictwo. Dziękuję Ci Janku za ten trud i książkę. Wysyłam Ci zdjęcia wykonane na cmentarzu w Ihrowicy. Na odbitkach umieszczam autora, miejsce i datę, aby je uwiarygodnić, ponieważ są dokumentacją miejsca w określonym czasie, widzianego oczami wykonującego zdjęcia. Wszystko się zmienia, nawet cmentarz. Oglądając film z tych miejsc, nakręcony przez Jarka, syna Andrzeja (Chabina - JB.), który w tym roku (2000 r. – J.B.) był tam z Andrzejem - stwierdziliśmy, że przybył tam nowy krzyż. Stoi prawdopodobnie w miejscu, w którym na jednym zdjęciu widać na murawie różowe kwiaty. Moja propozycja, abyś posłał to zdjęcie komuś, kto widział, jak grzebano pomordowanych i na tych zdjęciach określił, gdzie były te groby. Czy był jakiś porządek w tym grzebaniu? Czy grzebano oddzielnie rodziny, czy wszystkich razem? Jak głęboko? Może jeszcze ktoś pamięta. Byłaby to wstępna dokumentacja tego świętego dla nas miejsca.

Michał Białowąs – Horodysko

... Otrzymałem tę cenną książkę, za którą serdecznie dziękuję. Doczytałem do opisu napadu na plebanie i śmierci naszego księdza Szczepankiewicza. Dalej nie mogę czytać, bo mi łzy z oczu lecą. W nocy nie mogę spać, tylko wyobrażam sobie, jak to było, jak Ich mordowali. Żona czytając również mocno przeżywała, bo widziała śmierć swojej matki, którą zastrzelili. Przeżyła, bo z dwuletnim dzieckiem uciekła w ostatniej chwili i całą mroźną noc przesiedziała w polu pod miedzą na śniegu ogrzewając dziecko własnym ciałem. Jak wróciła rano do domu, zdążyła umyć zakrwawioną twarz matki i włożyła ciało na furmankę, która wiozła pomordowanych i już zamarzniętych na cmentarz. Sama zaś spakowała tobołek, wzięła dziecko na ręce i razem z ludźmi, którzy się uratowali tak jak ona, powędrowała do Tarnopola na tułaczkę. Ja 24 kwietnia 1944 r. zostałem zmobilizowany do WP. Pamiętam, że z Ihrowicy poszło nas 180 mężczyzn. W przeddzień mobilizacji, 23 kwietnia, uczestniczyłem w podniosłej, pożegnalnej uroczystości kościelnej, którą zorganizował ksiądz Stanisław. Było to nabożeństwo dla poborowych z wystawieniem Najświętszego Sakramentu i Komunią Świętą. W kazaniu dla nas duszpasterz dawał wskazówki, zalecał i radził, jak mamy się zachowywać i modlić w niebezpiecznych i krytycznych dla życia chwilach. Zapamiętałem te rady i często w krytycznych sytuacjach powtarzałem zaleconą modlitwę: „Jezu ufam Tobie”. Po wypowiedzeniu tych trzech słów, było mi lżej na duszy. Wiem, że te rady życzliwie przyjęli moi koledzy i tę modlitwę odmawiali. Ja na swoim szlaku bitewnym przeżyłem frontowe boje. Ksiądz Szczepankiewicz zginął zarąbany siekierą w pokoju, w którym się modlił przed Świętą Wieczerzą. Dla nas Ihrowiczan pozostał Świętym Człowiekiem, chociażby dlatego, że ostrzeżony o mającym nastąpić napadzie mógł wyjechać do Tarnopola, że w chwili wyłamywania drzwi plebanii dzwonił na trwogę, a dźwięk sygnaturki, jako sygnał alarmowy, pobudził naszych bliskich do ucieczki od stołów wigilijnych i dzięki temu przeżyli. Tak przeżyła moja żona z dzieckiem, a niedołężna matka została zamordowana. Na tym ostatnim dla wielu nabożeństwie ks. Szczepankiewicz zapewniał nas poborowych, że opiekować się będzie naszymi rodzinami. Wywiązał się z tych obietnic. Udzielał pomocy duchowej i materialnej, która była wówczas bardzo cenna. Czynił to do ostatniej minuty swego życia. Dlatego w naszej pamięci, którą przekazujemy dzieciom, wnukom i przyszłym pokoleniom, ks. Stanisław Szczepankiewicz jest Świętym Człowiekiem i w pełni zasłużył na wyniesienie Go na Ołtarze.

Anna Nakonieczna - Gliwice

... Uważam, że książka jest napisana dobrze, chociaż są małe potknięcia. Chodzi głównie o Michalinę Kupyna i Czesławę Nakonieczną. To nie były Ukrainki a Polki. Michalina to córka Błaszkiewicza (brata Grzegorza), który zginął w legionach polskich pod Sokalem w czasie I wojny światowej. Wyszła za mąż za Ukraińca Kupyna z Dobrowód. To był człowiek szlachetny i dobry gospodarz. Czesława Nakonieczna to córka Polki, która była siostrą matki Michaliny. Ochrzczona była w kościele, czuła się Polką i zginęła jak Polka. Jeśli nawet, któraś dziewczyna z polskiej rodziny wyszła za Ukraińca, to na pewno jej maż nie był banderowcem. Wszystko, co napisałaś jest prawdą. Pisz jak najwięcej, bo potrafisz. Ci, którzy po nas będą żyć, niech wiedzą jak nas mordowali i jak grabili nasz majątek, jak ratowaliśmy życie. Cześć Ukraińców wiedziała, że będzie napad na Ihrowicę. Nieliczni tylko ostrzegali swoich sąsiadów czy krewnych Polaków. Dużo Ukraińców nastawiło się na rabunek gospodarstw po zamordowanych. W czasie napadu zabierali z domów wszystko, co wpadło w ręce. Zabierali nawet kutię i wszelki pokarm przygotowany na święta. Nie przeszkadzało rabusiom deptać czy przeskakiwać przez trupy, tylko żeby jak najwięcej dobytku załadować na wóz czy sanie. Jest błąd w opisie zdjęcia, na którym występują: Tadeusz Białowąs, Józef Nakonieczny i mój mąż Kazimierz Nakonieczny. Zdjęcie zostało wykonane w Krakowie. Pojechali oni sypać kopiec Józefowi Piłsudskiemu w 1937 roku. Świadczy to o patriotyzmie naszej ihrowickiej młodzieży. Ten tragiczny dzień w Ihrowicy zapamiętałam na zawsze. Mój brat Władysław Litwin prosił z samego rana, żeby jemu przygotować śniadanie i kanapki na drogę, bo jest wyznaczony na patrol i mają jechać na Chomy. Mama ostrzegła brata, że tam mogą być banderowcy i urządzić zasadzkę. A jak usłyszała, że ma tylko 20 naboi, to kazała iść na strych i dobrać więcej. Brat dobrał i wziął jeszcze cztery granaty. Kiedy pojechał, ja przygotowywałam potrawy wigilijne, nakarmiłam dzieci i dokonałam obrządku w gospodarstwie. Matka nasza gorączkowała, więc położyła się do łóżka. Dla bydła trzeba było nosić wodę ze studni obok gospodarstwa. Kiedy mnie przy studni zobaczyła sąsiadka Ukrainka, wyszła i ona, żeby mnie ostrzec. Radziła, żebym natychmiast ubrała dzieci i wyszła dzisiaj wcześniej z domu. Wiedziała, że ja nocuję z dziećmi przeważnie u sąsiadów - Ukraińców i po różnych kryjówkach. Odpowiedziałam jej, że jest bardzo zimno i nie mam gdzie się z dziećmi schować. Myślałam, że ona zaoferuje mi miejsce w swoim domu. Tego nie zaproponowała i szybko odeszła. Kiedy wróciłam do mieszkania zaczęłam ubierać dzieci. Ręce mi się trzęsły, a nogi miałam jak z waty. W tym czasie przyszedł stryjek Nakonieczny Ignacy i zapytał o Władka. Odpowiedziałam, że jak wyszedł z rana to do tej pory nie wrócił. - A co się stało? – zapytałam. Odpowiedział, że był na wsi i ludzie opowiadali, że Władek biegł bardzo zmęczony i ostrzegał Polaków o koncentracji banderowców na Chomach i prawdopodobieństwie napadu na Ihrowicę. Stryjko kazał uciekać z domu. Zabrałam dzieci i wybiegłam z domu. W tym czasie zobaczyłam wystrzeloną rakietę, usłyszałam sygnaturkę z plebanii oraz serie karabinów maszynowych. Skierowałam się z dziećmi do sąsiada Hołowatego, chociaż tam nigdy nie nocowałam. Zapytałam sąsiadkę, czy pozwoli mi z dziećmi zostać u nich. Odpowiedziała, że nie zezwala, bo nie chce widzieć moje dzieci pozabijane u niej w domu. Dała mi klucz do piwnicy i radziła, żeby szybko się tam ukryć. Nie miałam innego wyjścia. Wzięłam klucz i pobiegłam z dziećmi do piwnicy, która znajdowała się za budynkami w ogrodzie. Nad piwnicą była sterta koniczyny a do drzwi było wąskie przejście. Było ciemno. Ręce i nogi mi się trzęsły, Nie mogłam włożyć klucza do kłódki. Starszy syn (4 lata) zatykał sobie usta, bo zdawało mu się, że ktoś usłyszy jak oddycha. Młodszy zaczął płakać. Miał dopiero 8 miesięcy. Usiadłam w tym przejściu. Starszego przytuliłam, a młodszemu włożyłam pierś do buzi, żeby się uspokoił. Ponieważ miał mokro, więc zdjęłam chustkę z głowy i bluzkę. Obwinęłam go, żeby miał sucho. Udało mi się otworzyć piwnicę, do której weszłam z dziećmi, jednak nie można było jej zamknąć, bo brakowało nam powietrza. Tak przesiedziałam z dziećmi do rana. Jeszcze było szaro, jak przyszła moja matka i powiedziała, że na wsi już jest spokojnie i można wyjść z ukrycia. Mama nasza w nocnej koszuli przesiedziała pod zagatą domu przez całą noc. Kiedy już było widno, przybiegł brat Władek. Jak nas zobaczył to się rozpłakał i zaczął opowiadać, ile polskich rodzin pomordowała UPA. Uradowani że żyjemy zabiliśmy świniaka i co cenniejsze rzeczy ładowaliśmy na wóz, by jak najszybciej opuścić dorobek swoich ojców i dziadków, żeby ratować życie. Przed świętami jeszcze zawiozłam dwa worki pszenicy do młyna i prosiłam młynarza Kucia, żaby mi zrobił mąkę. Jednak z tej pszenicy mąki nie widziałam. To samo spotkało mnie w małym młynie, do którego zawiozłam hreczkę na kaszę. Nie oddali ani hreczki, ani kaszy. Sąsiad Hołowatyj dowiedział się od Polaków o mój adres w Tarnopolu. Przyjechał i powiedział, żebym przypadkiem nie przyjeżdżała do domu po kartofle, warzywa czy inne rzeczy, bo mogą mnie zabić. Wynikało to z chęci grabienia naszego gospodarstwa. Ale też miał rację, bo po ucieczce Polaków banderowcy bez obaw chodzili po wsi i polowali na Polaków. Tak zginął Stefan Białowąs, którego zabili i wrzucili do studni w marcu 1945 roku, a także Burakowska Marcela na Korczynku. Podziękowałam jemu za tę informację i więcej do Ihrowicy nie pojechałam, pomimo konieczności przywiezienia własnych produktów żywnościowych. Mąż mój będąc na froncie pod Warszawą dowiedział się, co się z nami dzieje i przysłał 400 rubli. Poprosiłam kuzynkę, żeby mi je przywiozła z poczty. Ukrainka Roma Sowicz, która była urzędniczką na poczcie, oddała tylko 300, zatrzymując 100 dla siebie. Powiedziała, że jest przekaz tylko na 300. Pojechałam do Hłuboczka, sprawdziłam w rejonowej poczcie i zwróciłam się do milicji, która interweniowała w tej sprawie. Roma Sowicz zwróciła mi te pieniądze, ale zapowiedziała, że jak przyjadę do Ihrowicy, to już żywa z niej nie wyjadę. Władza Radziecka ludności polskiej nie broniła. Mordy, powodowały ucieczkę Polaków na zachód, z czego władza terenowa była zadowolona. Przykładem może być fakt, że kiedy brat Władysław z Kazimierzem Nakoniecznym dobiegli do Hłuboczka (12 km), żeby zawiadomić dowódcę Istrebitielnoho Batalionu i sprowadzić pomoc mordowanym Polakom, tam już siedział Dowhopołyj Hryć, Ukrainiec, współpracownik NKWD. Brat zameldował, że jest napad na Ihrowicę i są mordowani Polacy. Dowhopołyj zaprzeczył, a nawet powiedział, że „wy nie słuchajcie gówniarzy”. Oni zobaczyli piołun na miedzy i przestraszyli się. Dopiero brat stanowczo z oburzeniem stwierdził, że był na patrolu na Chomach, gdzie w zasadzce został zastrzelony sierżant Siemionow, a Kazimierza Litwina pojmali żywego. - My we dwóch wycofaliśmy się żywi – powiedział brat. To poskutkowało. Dowódca ogłosił alarm, powiadomił Isterbitielnyj Batalion w Tarnopolu i połączonymi siłami zorganizowano pomoc Polakom. Wcześniej, bo przed napadem, ten dowódca był w Ihrowicy, został zapoznany z groźną sytuacją i jeszcze za dnia pojechał rzekomo organizować pomoc. Wskazuje to na zmowę między NKWD i UPA. Tej ostatniej umożliwiono spokojnie dokonać czystki Polaków w Ihrowicy. Nasz sąsiad Ukrainiec nazywał się Petryszyn. Pamiętam, jak u nas na podwórku narzekał na swoich dwóch synów, że wpędzą go do grobu. - Skumplowali się z Kuziami - mówił - ciągle gdzieś jeżdżą. Mówią oni, że budują Samostijną  Ukrainę. Obaj działali w OUN i UPA. Starszy musiał z Niemcami uciekać, bojąc się władzy sowieckiej za swoją działalność kolaboracyjną. Młodszy Mykoła i syn Kuzia zostali zabici przez NKWD. Po przeprowadzonej rewizji, ze stodoły Petryszynych wyniesiono dużo polskich wojskowych mundurów, butów, maszyn do szycia, dywanów, kożuchów, bielizny pościelowej, płótna i wiele różnych cennych rzeczy. Na tę stertę majątku trzeba było dużo Polaków zamordować. NKWD aresztowało rodziców i wysłało na Syberię. Starszy Petryszyn nawet do Kijowa nie dojechał, umarł w pociągu. Drudzy nasi sąsiedzi, u których było dwóch synów, nazywali się Biłous „Wowky”. Młodszy zginął w Bieszczadach w walce z Wojskiem Polskim. Natomiast starszy Mykoła służył w Armii Radzieckiej. W czasie służby wyrobił dokumenty, że jest Polakiem. Po wojnie wyjechał do Australii. Ożenił się z Polką i udaje Polaka. 27 lutego załadowaliśmy się do pociągu towarowego i 19 marca dojechaliśmy do Chełma. Przez trzy dni siedzieliśmy na peronie, zanim zakwaterowali nas w jakiejś szkole. 11 maja rozwieźli nas po wioskach. W Horodysku mieszkaliśmy 8 lat. W 1953 roku wyjechaliśmy do Gliwic.

Piotr Baryliszyn - Szczecin

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem Twoją książkę pt. „Zdawało się, że oni pomarli a oni wciąż żyją”. Nazywam się Piotr Baryliszyn, urodziłem się w Obarzańcach w 1937 r. Moja matka Anna z domu Białowąs pochodziła z Ihrowicy. Jej rodzice nazywali się: Stefan i Agnieszka Białowąs. Miała dwie siostry - Marię i Paulinę. Maria wyszła za mąż za Jana Białowąsa „Janko”. Mieli dwie córki, Wiktorię i Gienię, która zmarła w 1940 r. Paulina zaś wyszła za mąż za Wiktora Litwina. Mieli syna Kazimierza.

Moja matka Anna i ojciec Stefan Baryliszyn mieszkali w Obarzańcach. W tragicznym okresie 1944-45 byliśmy sami z mamą, gdyż ojca powołali do wojska. Od jesieni 1944 r. rzadko sypialiśmy w domu, korzystając z gościnności sąsiadki Ukrainki. Wieść o tragedii Ihrowicy dotarła dość szybko. Pamiętam, że w noc sylwestrową 1944-45 r. nie spaliśmy, gdyż słychać było odległe wybuchy i wstrząsy. Na początku marca 1945 r. przyjechał z Tarnopola dziadek Stefan Białowąs, aby nas zabrać. Będąc w Tarnopolu dziadek zdecydował się pojechać do Ihrowicy po żywność dla rodziny. Była to połowa marca 1945 r. Niestety była to jego ostatnia podróż. Dokładna wersja śmierci nie jest nam znana. Z informacji od osób, które opuściły te okolice po 1956 r. wynika, że dziadek poszedł do znajomego z wojska Ukraińca i tam zastał kilku bandytów z UPA. Postanowili oni nie wypuścić dziadka i wrzucili go do studni, gdzie pozostał do dziś. Dokładne okoliczności śmierci i miejsce jego spoczynku nie są nam znane. Gdybyś dysponował informacjami na ten temat, byłbym niezmiernie zobowiązany za kontakt.

Po przeczytaniu Twojej książki inaczej zacząłem oceniać tamte czasy. Z opowiadań ojca wynikało, że w Obarzańcach, podobnie jak w Ihrowicy, Polacy byli bardzo aktywni skupiając się wokół księdza Nowotarskiego. Mój ojciec znał osobiście księdza Szczepankiewicza, u którego się leczył. Cenił go bardzo wysoko nie tylko jako kapłana, podkreślając jego wielką dobroć i bezinteresowność w niesieniu pomocy. Byłaby wielka szkoda, gdyby pamięć o nim została zapomniana. Był to niewątpliwie święty kapłan, jeden z wielu, którzy ponieśli śmierć za wiarę i naród. O takich ludziach mówił Jan Paweł II, aby dokumentować ich życie.

Dobrze, że opisałeś te tragiczne dni. Tematyka jest szczególnie aktualna w czasie procesu pojednania Polaków z Ukraińcami. Nie może być pojednania, jeżeli nie ujawni się prawdy. Zbrodnia ludobójstwa musi być zawsze napiętnowana, ku przestrodze dla przyszłych pokoleń, aby się więcej nie powtórzyła.

Wielka szkoda, że nie wydałeś tej książki oficjalnie, do czego bardzo zachęcam. Uważam, że jest to dokument oparty na faktach autentycznych, będących częścią historii Polski.

Po przyjeździe z Obarzaniec moi rodzice osiedlili się w Nowogardzie, gdzie były rodziny z Ihrowicy i naszej wioski. Czas płynie i ci, co mogliby wzbogacić wiedzę na temat tragicznych wydarzeń - odeszli. Od cioci Pauliny Białowąs dowiedziałem się, że dziadek Stefan był kuzynem Małego Janka. Wynika z tego, że jesteśmy nie tylko Kresowiakami, ale i krewniakami.

Myśl uczczenia pamięci dziadka Stefana i pomordowanych Ihrowiczan ciągle powraca. Rzeczywistość stwarza trudności takiego uczczenia w miejscu ich spoczynku. Jeśli nie my tego dokonamy, to może nasi następcy to zrobią? Zależeć to będzie od informacji, jaką im pozostawimy. Nieocenionym źródłem dla nich będzie Twoja książka.

Moja rodzina jest liczna, a 12 prawnuków Stefana Białowąsa kończy lub ma wykształcenie wyższe. Wierzę, że znajdą się wśród nich chętni dokonać tego zamiaru. Najważniejszym naszym zadaniem jest przekazać prawdę.

Wielu Ukraińców po wojnie znalazło schronienie w Polsce mimo sympatii do UPA. Od cioci Pauliny Białowąs dowiedziałem się, że pop z Ihrowicy zmarł w Krakowie.

Zawiła jest prawda o układzie NKWD - UPA i ich stosunku do Polaków na Kresach Wschodnich. Banderowcy z zasady nie atakowali ruskiego wojska. Osobiście byłem świadkiem w Tarnopolu, jak żołnierze rosyjscy opowiadali, że będąc w lesie po drzewo spotkali kolumnę bandy UPA, która nic im nie zrobiła, a byli samochodem i tylko we trzech.

Powołanie pod broń 17 letnich chłopców było zbrodnią, bo nie nauczono ich władać bronią i nie stworzono żadnego zabezpieczenia. W dniu wyjazdu z Obarzaniec do Tarnopola moja siostra Maria (13 lat) została zaskoczona przy studni, obok której przechodziła kolumna UPA. Prowadzili oni znajomego członka Istebitienoho Batalionu, a za kolumną szła jego matka z dzieckiem na ręku płacząc. Po przejściu kolumny przez wieś rozległ się strzał i po chwili matka wracała rozpaczając. Czy takie tragedie można zapomnieć? Czas zagoił rany, ale ból pozostał. Kiedy zapytałem ciocię Paulinę o dziadka Stefana, chwilę milczała, by powiedzieć: „Jak oni mogli zamordować tak dobrego człowieka?”. Czy Ukraińcom te mordy pomogły wywalczyć Samostijną? Mordowanie dzieci, kobiet i starców jeszcze nikomu nie przyniosło wolności.

W mojej rodzinie również mieliśmy lotnika. Był nim kuzyn Michał Baryliszyn. Ponieważ jego matka była Ukrainką, więc pozostała w Obarzańcach. Brał udział w walkach. Przyjeżdżał do nas kilkakrotnie jak do najbliższej rodziny. Zginął w katastrofie lotniczej w 1946 roku. Nie wiemy, gdzie jest pochowany.

 

Kazimierz Białowąs - Gdynia

.... Jestem pełen podziwu, szacunku i uznania za trudną pracę i twórczy wysiłek. Zbliża się właśnie 53 rocznica mordu Polaków w Ihrowicy. Wielu świadków, którzy przeżyli ten tragiczny wieczór wigilijny, już nie żyje. Dla naszego pokolenia książka ta jest historią, o której nie wolno zapominać, choć obecne władze państwowe dążą do przebaczenia nacjonalistom ukraińskim za niewinnie przelaną krew Polaków.

Podam dane odnośnie śmierci Stefana Białowąsa s. Franciszka, który zginął w marcu 1945 r. Był to ojciec mojej stryjenki Marii i dziadek kuzynki Wiktorii, mieszkającej obecnie w Horodysku. Miał 75 lat i cieszył się dobrym zdrowiem.

Otóż Stefan Białowąs zwoził mienie swoich córek, jednej z Ihrowicy, a drugiej z Obarzaniec - do Tarnopola. Cała rodzina czekała na dokumenty repatriacyjne. W międzyczasie odwiedzał swoje gospodarstwo celem zaopatrzenia się w żywność i paszę. Pierwszym razem zabił i oporządził świniaka ze swego gospodarstwa. Banderowcy przyszli i świniaka zabrali z wozu, jemu krzywdy nie zrobili. Następnym razem pojechał po słomę i chciał jeszcze narżnąć sieczki. Z sieczkarni były odkręcone noże, które zabrał Ukrainiec Fedio Tymoczko. Poszedł więc po noże i tam zetknął się z ukrywającymi się banderowcami z Dobrowód. Oni bojąc się, żeby ich nie wydał, a szczególnie, że był Polakiem, zamordowali go i wrzucili do studni znajdującej się w pobliżu jego domu. Czy ojciec pozostał w studni, czy go wyjęto - córka nie wie, gdyż do Ihrowicy nikt z rodziny już nie pojechał w obawie o życie.

Artykuł „Spowiedź Kata” w tarnopolskiej gazecie „Swoboda” z dnia 18 08 1998 r. uważam za podłą mistyfikację. To nieudolny kamuflaż haniebnego rozdziału historii narodu ukraińskiego. Rosjanie mieli wiele sposobów na spowodowanie wyjazdu Polaków z tych ziem. Nie mieli potrzeby tworzenia specjalnych oddziałów terrorystycznych. Zachodzi pytanie: jak nacjonaliści ukraińscy wytłumaczą swojemu społeczeństwu rzeź Polaków na Wołyniu w czasie okupacji niemieckiej?

Zagadnieniem niezwykłej wagi, czego jeszcze nie wiemy, jest współpraca władzy radzieckiej na wyzwolonych terenach Małopolski Wschodniej z UPA, o czym świadczy nawet fakt opóźnienia przyjścia z pomocą mordowanej Ihrowicy.

Od ihrowickiej tragedii minęło ponad pół wieku i choć przebaczono mordercom, to nie wolno nam zapomnieć o pomordowanych. Uczczenie tablicą - epitafium przez obecnych parafian Horodyska, Pliskowa i Rakołup śp. ks. Szczepankiewicza i Jego parafian jest pomysłem szlachetnym. Głównym sanktuarium uczczenia pamięci jest i pozostanie Korfantów, gdzie przy obelisku, w każdą pierwszą niedzielę września spotykają się Ihrowiczanie. Jednak najtrwalszym historycznym dokumentem o przeszłości Ihrowicy, a zwłaszcza jej tragedii, jest Twoja Janku książka „Wspomnienia z Ihrowicy na Podolu”. Obelisk, tablica mogą ulec zniszczeniu przez działania nieodpowiedzialnych osób czy warunków atmosferycznych, ale słowo pisane pozostanie wiecznie.

Z listów i artykułów dowiedziałem się, że miałeś kłopoty z proboszczem parafii Rakołupy przy realizowaniu zaplanowanego i uzgodnionego z nim wcześniej wmurowania i poświęcenia pamiątkowej tablicy w kościele. Dobrze, że nie dałeś narzucić sobie przez proboszcza treści tablicy. Źle, że tablica nie została wmurowana na środku ściany w przedsionku kościoła, tak jak było pierwotnie uzgodnione ...

Janku, po przeczytaniu książki myślą znalazłem się w Ihrowicy. Okres lata był piękny, a szczególnie czerwcowe dni. Falowały łany kwitnących zbóż o różnym odcieniu zieleni. Bieliły się pola hreczki i kwitnących w różnych kolorach ziemniaków. Było pięknie, na tle niebieskiego nieba śpiewały skowronki. Pod wieczór przy szosie

słychać było głos przepiórki zwołującej swoje potomstwo. Wokół pasiek pachniało miodem. Na drzewach owocowych było pełno młodych owoców (zełepuchiw). Na wczesnych czereśniach dojrzewające owoce. W okresie jesiennym gościniec był pełen błota i kałuż podeszczowych. Kasztany wokół kościoła o żółtych i brązowych liściach. Ociekająca w deszczu dzwonnica i badyle po kwiatach przy szkole i domu ludowym. Od czasu do czasu przejedzie ulicą furmanka z mokrymi końmi, zabeczą owce pędzone z pastwiska, a z kominów unosi się leniwie dym, mieszając się z mgłą z nad łąk nad naszą rzeczką. Na polach zaczyna się zielenić ozimina. W czasie pogody na ogrodach i podwórkach słychać terkot międlic (terłyć) przy międleniu konopi. To właśnie pozostało mi w pamięci.

W niedzielę i święta Ihrowiczanie spieszyli do kościoła i cerkwi. Dzwony wzywały wiernych, a echo niosło się daleko. Szli młodzi i starzy, szły dzieci. Pamiętam chłód kasztanów i lip wokół kościoła i rozkołysaną, chwiejącą się dzwonnicę w czasie procesji. Pozostały tylko wspomnienia. Rozjechaliśmy się po Polsce i świecie.

Życie Ihrowiczan było prowincjonalne, ale historycznie bogate. Były ośrodki kulturalne, 7 klasowa szkoła, dom ludowy, ... rozpoczęto budowę nowego okazałego kościoła. Najważniejszym bogactwem to byli ludzie. To dzięki nim tworzono nową przyszłość. Wojna zniweczyła plany ogólne i indywidualne każdej polskiej rodziny. Ihrowiczanie kulturę nabytą w rodzinnej wsi rozpowszechniali i rozpowszechniają na nowych miejscach osiedlenia. Dzięki temu wyrosła spora grupa inteligencji z dawnej Ihrowicy: lekarze, inżynierowie, oficerowie, marynarze, lotnicy oraz specjaliści innych dziedzin.

Młodzież polską wychowywano patriotycznie. 19 marca obchodzono uroczyście, bo były to imieniny Dziadka, Marszałka Józefa Piłsudskiego. W tym dniu gospodarze jechali w pole, ale w kościele odbywało się nabożeństwo, a później w Domu Ludowym był zorganizowany poranek artystyczny, w którym uczestniczyli gospodarze, a nawet lojalni Ukraińcy, młodzież szkolna i nauczyciele. Reżyserem przedstawienia była przeważnie ciocia Niusia. Były wiersze, piosenki i scenki z przeszłości historycznej Polski, w tym o zasługach Marszałka. Twoja siostra Stasia też brała udział w spektaklach, deklamowała wiersze lub śpiewała piosenki. Wojna przerwała sielskie życie, chociaż nie było ono łatwe.

My obaj z bratem Mikołajem zawdzięczamy swoje osiągnięcia życiowe matce, która zmarła w 1957 r. Dbała o nas, posyłała do szkoły na wsi, a potem wbrew woli ojca do szkoły średniej w Tarnopolu. W westybulu gimnazjum na ścianie wisiało zdjęcie mojego brata Mikołaja, jako celującego maturzysty. Ja zdolnościami nie dorównywałem bratu. Profesor języka niemieckiego na lekcji kiedyś powiedział: „Twój brat był jak słońce, a ty jesteś jak noc”. Ale jakoś ukończyłem pierwszą klasę z wynikiem dobrym. W mojej klasie na 35 uczniów było nas 5 chłopskich synów.

Na kolonii Obręczówka mieszkała rodzina Burzyckich. Senior Burzycki przed wojną pracował za granicą, ale w 1938 r. wrócił do kraju. Był „lewicowcem”, gdyż Sowieci nie wywieźli rodziny Burzyckich na Syberię. Kiedy rozpoczęła się bandycka działalność UPA i przez okno został zastrzelony w Dubowcach dziadek Burzycki, zamieszkali w Tarnopolu. Ojciec z synem zostali zmobilizowani do WP w 1944 r. W 1947 r., gdy byłem już oficerem ,spotkałem pana Burzyckiego w pociągu. Był w stopniu majora WP. Wspomniał, że syn jest w Oficerskiej Szkole Łączności w Zegrzu k. Łodzi. Słyszałem, że córka Burzyckich wyszła za mąż za oficera WP i zamieszkała we Wrocławiu.

 

Stefania Mazur-Białowąs - Wojcieszyn

.... Serdecznie dziękuję za przysłanie książki, po przeczytaniu której tragiczne wspomnienia powróciły na nowo. Jednak są sytuacje, o których nie wiedziałam i tym bardziej jestem Tobie wdzięczna za tę książkę.

A teraz kilka słów o sobie. Nazywam się Stefania Mazur z d. Białowąs, córka Józefa (przezwisko „Mentykiw”). Mieszkaliśmy w Ihrowicy Dolnej za rzeką Huczek. 24 grudnia 1944 r. razem z ojcem poszliśmy do wioski do mojego stryja Mikołaja Białowąsa. Jego syn Janek w tym dniu pełnił służbę w domu ludowym. W chwili napadu na posterunek w domu ludowym udało mu się uciec i powiadomić nas wszystkich o napadzie banderowców. Z ojcem szybko wróciliśmy do domu i zabierając pozostałych domowników skryliśmy się u sąsiada Ukraińca. Następnego dnia 25 grudnia oglądaliśmy bestialsko pomordowanych Polaków i po zebraniu w domu najpotrzebniejszych rzeczy wyjechaliśmy do Tarnopola. 29 czerwca 1945 r. transportem wyjechaliśmy do Polski. Osiedlono nas w Prudniku. W 1950 r. wyszłam za mąż i obecnie mieszkam w Wojszynie woj. legnickie.

W książce piszesz o działalności Małego Janka, znałam całą rodzinę. Najmłodsza wnuczka Małego Janka, Czesława, była moją najlepszą koleżanką.  Jeszcze raz serdecznie dziękuję za książkę.

 

Eugenia de Nałęcz Mroczkowska z d. Swirska - Żary

... Dziękuję za przysłaną książkę. Z tą książką przejdzie Pan do historii XX wieku. Panie Białowąs, wiadomo życie idzie do przodu, ale tego nigdy, przenigdy nie da się zapomnieć. To jest straszne, do czego człowiek jest zdolny. Takim mordem chcieli wywalczyć Samostijną Ukrainę. Wstyd, hańba nie do wybaczenia. Mama (84 lata) mi przypomina, abym Panu napisała, że jej mama, a moja babcia, Anastazja Swirska, żona Michała, która mieszkała przez drogę z Frankowskimi, że jak rano w Boże Narodzenie wyszła na podgórze, to omal nie oszalała. Był jeden krzyk, lament, rozpacz nie do opisania. Poszła do Frankowskiego i powiedziała co myśli. Jego syn był w banderach. Powiedziała, że zrobili Sodomę i Gomorę. Jak można było tylu ludzi pozabijać? Za co? Odpowiedział jej, żeby szła do domu i nie pokazywała się lub, jeśli chce, to może zostać u nich. Babcia podziękowała. Jeszcze żyła około 10 lat. Po tej rozmowie p. Frankowski zawsze starał się unikać babci, tak go sumienie gryzło. Jak jego syn wrócił z kryminału, to bardzo się bał, żeby ktoś jemu nie zrobił krzywdy.

Moja mama zawsze mile wspomina Jana Białowąsa „Głąbę”. U nich zawsze można było liczyć na pomoc w potrzebie, bo byli to porządni gospodarze. Franko Białowąs, sekretarz gminy w Ihrowicy i tutaj na zachodzie był sekretarzem gminy Lipniki Łużyckie przez 10 lat. Tutaj w Lipnikach mieszkał Józef Bończuk. Żona jego Paulina z domu Białowąs „Kohuty” miała jednego syna Kazimierza, wszyscy poumierali.Nie mamy słów z mamą o tej książce i o Panu. Na zdjęciu w książce poznała Głąbę i bardzo płakała. Moja mama zawsze tak pięknie opowiadała o Ihrowicy i Ihrowiczanach do czasu tego pogromu. Mimo że jest stara, to głowa pracuje u niej bardzo dobrze. Jest bardzo przeciwna temu, że my Polacy tak szybko uznaliśmy Ukrainę, a oni nawet nas nie przeprosili za wyniszczenie tylu Polaków. My Polacy w pewnym sensie jesteśmy bez honoru.

Kazimierz Białowąs - Wielkie Łąki

... Moja ocena książki jest wysoka. Bardzo dobrze opisałeś nasze wspólne przeżycia. Wszystko to jest prawdą. Jest to najprawdziwszy dokument o tragedii wigilijnej w Ihrowicy.

Książkę czytają starsi ludzie i wszyscy mówią, że bardzo dobrze opisany jest mord na plebanii. Nie jest ważne, gdzie która osoba leżała, ale ważne jest, że zostali pozabijani siekierami, że nikogo nie oszczędzono. Jak zabraknie naszego pokolenia, to dla naszych dzieci i wnuków będzie ważnym dokumentem.

W napisanie takiego dokumentu włożyłeś dużo pracy, za co wdzięczna Ci jest cała rodzina. Jestem dumny z Ciebie, a jak czytający książkę pytają, czy autor jest moim bratem, odpowiadam, że jest moim o trzy lata starszym bratem.

 

Kazimiera Białowąs - Kanada

Książkę przeczytałam jednym tchem. Pomimo, że przeżyłam to piekło, do ostatniej strony byłam ciekawa, co inni Ihrowiczanie przeżyli. Dowiedziałam się, jak było w innych wioskach i ilu Polaków zostało zamordowanych. Ze spisu Polaków w Ihrowicy przypomniałam sobie, gdzie kto mieszkał i jak się nazywał.

Mam uwagi do Antoniego Iżyckiego z Dobrywód, który zaliczył moją siostrę Michalinę Kupyna i kuzynkę Czesławę Nakonieczną do narodowości ukraińskiej. One obie były Polkami. Gdyby były Ukrainkami być może by przeżyły.

Dziękuję Ci Janku za pracę nad tą książką. Przejdziesz do historii, jako autor opisu najtragiczniejszego dnia w dziejach naszej Ihrowicy.

Józefa Ciesielczyk-Kubów - Sośnica

Cześć chłopaku z Ihrowicy,

Dziękuję serdecznie za książkę, którą przeczytałam już parę razy. Jest naprawdę dobrze napisana. Dobrze opisałeś tę smutną i tragiczną noc wigilijną. Często myślę, że gdybyśmy przejeżdżali przez Ihrowicę dzień później, to podzielilibyśmy los tych, którzy tam zginęli. Moja ciocia zginęła koło domu ludowego w Ihrowicy. Jej śmierć bardzo przeżyliśmy, gdyż zostawiła małą córeczkę, którą już osierocił ojciec. Zginął na froncie.

Z Twojej książki dowiedziałam się, kto zginął w Ihrowicy. Wielu z nich znałam. Mój wujek, Antoni Kozibroda pochodził z Ihrowicy. Jego brat Michał został zamordowany wraz z synową Marią. Antoni Białowąs „Wusaj” był jego krewnym. Znałam ich, ponieważ 16 lipca chodziłam z ciocią na odpust do Ihrowicy.

Masz rację pisząc, że to wszystko przeminęło. Pozostały tylko wspomnienia, te dobre i te złe, które często wracają nawet w snach. Staramy się czcić też każdą rocznicę rzezi Berezowicy Małej, przypadającą na 22 lutego. Tych, którzy pamiętają ten mord, jest coraz to mniej.

Dobrze, że opisałeś wszystko szczegółowo. Uczciłeś ofiary wigilijnej nocy. Przeżyliśmy straszne chwile, które wracają coraz częściej, w miarę jak człowiekowi przybywa lat.

Przeżyliśmy również chwile szczęśliwe, do których też wracamy myślą i wspominamy z sentymentem. Byliśmy00 wtedy młodzi, a młodość ma swoje prawa. Urok pięknego Podola też zostawił w naszych duszach niezatarte ślady, które się pamięta.

Dziewczyna z Berezowicy.

 

Adolf Głowacki - Szczecin

... Dziękuję za książkę i pamięć. Twoja książka o Ihrowicy to wspaniały dokument naszej tragicznej przeszłości. Cenny dla Podolan, ich potomków i dla historyków, bo napisany przez naocznego świadka i poparty relacjami ludzi, którym udało się przeżyć to piekło. Cenne jest to, że zawiera wyłącznie wydarzenia prawdziwe i sprawdzone.

Książka znacznie wykracza poza granice Ihrowicy. Daje bowiem pogląd na to, co działo się w innych miejscowościach zamieszkałych przez Polaków. Porusza też problem stosunków polsko-ukraińskich. Jest napisana językiem prostym, zwięzłym i obrazowym. Moje gratulacje!

Niewielu Kresowiaków parających się pisaniem podejmuje tę problematykę. Jest to temat mało intratny, a najczęściej deficytowy, ale bardzo ważny. Tysiące zamordowanych Polaków, których krwią przesiąknięta jest ziemia naszych ojców, zasługują na pamięć tak samo, jak rozstrzelani i zgładzeni w łagrach sowieckich czy w hitlerowskich obozach zagłady. Ginęli tak samo - bezbronni i tylko dlatego, że byli Polakami. Oby jak najwięcej dokumentów i opisów tych wydarzeń znalazło się w archiwach. Wierzę, że nadejdzie czas, gdy historycy będą mogli publikować prawdę o gehennie Polaków na Kresach oraz nazwać sprawców po imieniu. Muszą jednak mieć wsparcie w zgromadzonych dokumentach.

Zgadzam się z Twoim poglądem, że powinniśmy budować dobre, oparte na prawdzie stosunki z Ukraińcami. Milczenie w imię pojednania służy wyłącznie umacnianiu pozycji i roli zwolenników OUN. A jest ona znacząca, skoro prezydent Ukrainy boi się ich ruszyć. Tego rodzaju pojednanie jest fikcją. Wiktor Poliszczuk nie na darmo bije na alarm. Ukraińcy mogliby wziąć przykład z Niemców i w podobny sposób ułożyć stosunki z sąsiadami. Na razie garstka nacjonalistów terroryzuje naród ukraiński. Ukraińcy muszą w końcu pogodzić się z faktem, że UPA była bandą, bo mordowała starców, kobiety i dzieci. Armia walczy z uzbrojonym przeciwnikiem na froncie. Niestety nasz prezydent i rząd akceptują stanowisko Kuczmy. Z przykrością muszę stwierdzić, że nawet wśród Kresowiaków nie ma jedności działania ... Różnice poglądów naszych światłych ziomków na wydarzenia kresowe powinny być omawiane w zaciszach 0domowych, a nie na łamach prasy. Na zewnątrz powinni przemawiać jednym głosem, tak jak robią to nacjonaliści ukraińscy ...

Proponuję, abyś umieścił z jeden egzemplarz książki w bibliotece KUL oraz w bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego, która również gromadzi takie wydawnictwa. To tyle na gorąco. Na pewno z czasem dojdą inne refleksje, bo do tej lektury jeszcze nie raz wrócę, choć kosztuje mnie to sporo zdrowia, bo na nowo przeżywam tamte tragiczne wydarzenia. Wracają wtedy krwawe noce, groza, ciągłe czuwanie, ucieczki i łuny nad polskimi siołami. Życzę nowych opracowań i wydawnictw.

Czesław E. Blicharski - Zabrze

Przeczytałem jednym tchem, mogę śmiało powiedzieć, epopeję ihrowicką. Janko „Biłous” Białowąs odrodził się w Panu, godnym następcy duchowego przywódcy Ihrowicy. Chociaż nomen omen wiatry dziejowe wywiały Pana z Ihrowicy, pozostał Pan wierny swojej małej ojczyźnie, wpisał Pan ją trwale w dzieje kresowej ziemi. Żal serce ściska, gdy patrzę dookoła i widzę garstkę ziomków, chyba mniej aniżeli powiatów Tarnopolszczyzny, którzy poczuwali się do obowiązku wobec miejsca urodzenia, utrwalenia pamięci swoich Ihrowic.

Gdy wypisywał Pan setki nazwisk mieszkańców tego, dla każdego z Was, pępka świata, nie zdawał Pan sobie sprawy z tego, że w tym momencie przywoływał Pan do życia nie tylko tych, którzy stali się ofiarami kainowej zbrodni, ale wszystkich - zważywszy jak mała to była wieś - ze wszystkich frontów tej wojny i miejsc zsyłek, a także zmarłych na emigracji, o których niekiedy zapomniała rodzina. Na kartach Pańskiej książki stać będą w karnym ordynku po skończenie czasu.

Dziękuję Panu za Pańska pracę i dedykację. Chciałbym na nią zasłużyć.

Nie wiem, czy Pan wie, że powstaniec styczniowy Ignacy Kopczyński zmarł 5 XII 1894 r. w Ihrowicy i tam został pochowany. Przy Waszych dorocznych uroczystościach przy kamieniu pamiątkowym dobrze by było wspomnieć Waszych powstańców styczniowych jako pierwszych w apelu. Na pewno na ich prochach rośli następcy.

Mam nadzieję, że zajmie się Pan sąsiednimi wioskami, jak Netreba i Kurniki ...

Bolesław Łukasiewicz ze Stryjówki - Szczecin

... Przeczytałem jednym tchem i chociaż dotyczy ona okolic mi nie bardzo znanych, to czytałem z wielkim zainteresowaniem. To nie beletrystyka, a cenny dokument, który na pewno będzie stanowić wielką wartość dla historyków. Wierzę, że w końcu znajdą się tacy, którzy na serio zabiorą się za historię naszych Kresów.

Jesteś bardzo skromny. Książka napisana znakomicie i znacznie lepiej od mojej, która nie wytrzymuje żadnego z Twoją porównania.

O książce wyraża się bardzo dobrze moja siostra. Potwierdza to wypowiedź Czesława Blicharskiego, który też ocenił ją wysoko. Uważam, że w pełni zasłużyłeś na te pochwały.

Nasza praca dla dobra Kresów, chociaż skromna, jest pożyteczna. Zawsze coś po nas pozostanie dla potomnych. Moją książkę pt. „Wspomnienia ze Stryjówki” ktoś wysłał do Stryjówki bez mojej wiedzy. W rezultacie otrzymałem stamtąd bardzo obelżywy i pełen gróźb list. Zarzucają mi same kłamstwa i grożą, że znajdą mnie w Polsce. Jak widzisz nasza praca jest także niebezpieczna. Ja nie przejmuję się tym specjalnie i robię swoje. Mam już na ukończeniu maszynopis drugiego wydania i myślę, że wkrótce dobrnę do końca ...

Nie wiem tylko, czy będzie mnie stać na wydanie ... Koszt znacznie przekracza moje możliwości finansowe, chociaż znalazłem chętną drukarnię z prawdziwego zdarzenia.

Tadeusz Białowąs - Łuków

Dziękuję za wiadomości o planie uporządkowania zbiorowej mogiły i postawienia krzyża naszym Ihrowiczanom bestialsko zamordowanym w wigilijny wieczór 1944 r. Cieszy mnie ta inicjatywa. Należy się pamięć księdzu Szczepankiewiczowi, bo był dobrym człowiekiem i pomagał ludziom bez względu na narodowość.

Doskonale pamiętam ten wigilijny wieczór. Uciekaliśmy w popłochu, kiedy zobaczyliśmy czerwone języki ognia i olbrzymi blask nad domami polskich rodzin. Ja z siostrą biegliśmy pierwsi, a za nami mama z dwuletnim naszym bratem. Z siostrą uciekliśmy do Ukrainki Kułyk, naszej sąsiadki i staliśmy za stodołą w krzakach. Ze zbocza góry obserwowaliśmy mordowaną Ihrowicę. Słyszeliśmy krzyki ludzi, wycie psów i ryk palących się zwierząt. Modliliśmy się, żeby odnalazła się nasza matka z bratem, która nas zgubiła i nasza babcia. Gdy się nieco uspokoiło, to sąsiadka Kułyk zabrała nas do swojego domu i szukała naszej matki. Odnalazła ją w wąwozie, bo tam mieliśmy wykopany schron. Dopiero rano wróciliśmy do swojego domu. Do nas banderowcy nie doszli. Ostatnie budynki spalili u Jaworskich.

Janku, należy się Tobie wielkie uznanie nie tylko za to, co planujesz zrobić, ale przede wszystkim za książkę, która pozostanie jak nas zabraknie.

Jeśli dojdzie do wyjazdu na zbiorową mogiłę do Ihrowicy, to pojadę na tę uroczystość, jeśli dopisze mi zdrowie ....

 

Tadeusz Białowąs - Londyn

Dziękuję Ci za książkę o Ihrowicy, którą szybko przeczytałem. Podoba mi się Twój styl pisania. Piszesz obrazowo, dając wierny obraz życia ludzi i wyglądu naszej wioski. Przemówienie, które wygłosiłeś przed pomnikiem w Korfantowie, określam jako świetne.

Popełniłeś błędy w opisie zdjęć, ale po tylu latach mogłeś zapomnieć twarze ludzi na tych fotografiach. Na stronie 37 jest zdjęcie 3 budrysów, którzy nie pracują przy budowie szkoły w Ihrowicy, ale w Krakowie przy sypaniu kopca Józefa Piłsudskiego. Józek Nakonieczny, ja, a w kaszkiecie Kazik Nakonieczny, stryjeczny brat Józka ... Brat ojca Mikołaja, Kazimierz, żołnierz Legionów Piłsudskiego, zginął pod Limanową. Ciocia Niusia w czasie I wojny światowej skończyła seminarium nauczycielskie, prowadzane przez księży Jezuitów.

Janku, książkę oceniam bardzo wysoko i wdzięczny Ci jestem za pracę dokumentalisty.

Jan Kanas - Biała Podlaska

Dziękuję Panu za książkę, która mnie wzruszyła. Ktoś postronny, nie zainteresowany tą tematyką, może ją uznać za nieciekawą, a nawet posądzić o nieprawdę. Natomiast dla nas Kresowian jest ona bardzo cenna, a przy jej czytaniu kręcą się łzy w oczach. Jest to los tylko jednej wioski. Podobny spotkał tysiące.

Dziękuję, że podjął się Pan tego trudu. Jest to dług do spłacenia naszym bliskim, których kości pozostały tam na Wschodzie, w zbiorowych oraz pojedynczych bezimiennych mogiłach. Cieszę się, że będę miał pomocnika we wspólnej nam sprawie.

Dzięki Bogu, że nastały wreszcie czasy, w których można głosić chociaż część prawdy.

Wspomina Pan w książce Janka Diłaja s. Ignacego. Dojeżdżałem z nim do szkoły, z Łozowej do Tarnopola, w roku szkolnym 1935/36. On - rocznik 1922 - uczęszczał do 2 klasy gimnazjum, ja młodszy, do szkoły powszechnej. Jego ojciec urodził się w Starym Zbarażu, a przyrodni brat, Paweł był bliskim krewnym mojej matki. O tym, że Janek Diłaj zginął jako podchorąży pod Monte Cassino dowiedziałam się w 1947 roku.

Zebrałem dużo materiału o Łozowej, ale to za mało, żeby pokusić się o napisanie takiej książki jak Pan. Mam zeznania 15 naocznych świadków tragedii w Łozowej i są one ciekawe. Moi krajanie żyją w Polsce w trzech skupiskach: w koszalińskim, opolskim i koło Gliwic. O ilości zamordowanych Łozowian różni autorzy podają różne liczby - od 130, 195, 800, a nawet 1300 - a tymczasem wszystkich mieszkańców było około 820. Ja to pilnie śledzę i poprawiam. Jedni dziękują, inni milczą. Nam wszystkim zależy, aby podawać prawdę, wówczas jej nikt nie podważy. Prawda obok kłamstwa, czy też błędów, traci połowę swej wiarygodności.

Podaje Pan za Janem Selwą („Na Rubieży” Nr 2/16/1996, str. 9), że na Łozowę napadła sotnia „Burłaky”. Jest to wersja prawdziwa. Niektórzy Łozowianie już 25 grudnia 1944 r. dowiedzieli się, że w odległej o 4 km na północ, ukraińskiej wiosce Stechnikowce, leżącej pośrodku drogi między naszymi wioskami (Łozową a Ihrowicą), zakwaterował duży oddział banderowców. Jedni twierdzili, że około 200, inni że 400, a jeszcze inni, że było tam 700 ludzi. Rosjanie o tym wiedzieli, zarówno w Tarnopolu, jak i w Rejonie Borki Wielkie. Wówczas w Łozowej stacjonował posterunek czerwonoarmistów, którzy ochraniali most kolejowy na rzece. To od nich Łozowianie dowiedzieli się o banderowcach stacjonujących w Stechnikowcach. Rosjanie

mówili do ludzi wprost: „miejcie się na baczności”. „To wy nas obrońcie, macie broń, nawet maszynową” – mówili ludzie. „Ale nam nie lzia” - taka była odpowiedź.

Istniało złudne przeświadczenie, że na Łozowę banderowcy nie odważą się targnąć, gdyż odległość w prostej linii wynosiła 7 km szosą do Tarnopola, gdzie był silny garnizon wojska. A jednak stało się. Napad trwał około 2 godzin. Zaalarmowano telefonicznie pociąg pancerny w Zbarażu odległym o 15 km, który przyjechał i oddał kilka strzałów armatnich i z broni maszynowej ponad wsią. To wystarczyło, żeby banderowcy uciekli na zachód w kierunku lasu Czahary. Pościgu za nimi nie zorganizowano. A plan banderowcy mieli jak wszędzie: wymordować, zrabować i spalić.

Próbowałem tą tematyką zainteresować redakcję tygodnika „Głos Podlasia” obejmującą swym zasięgiem teren byłego województwa bialskopodlaskiego. Naczelny redaktor zakwalifikował mój artykuł do druku, ale nie zamieścili go nigdy.

Poruszyłem ten temat na zebraniu kombatantów. „A ile tam na Wołyniu zamordowano? - padło pytanie. „Czy tyle co w Katyniu?.

A gdy powtórzyłem słowa prezydenta Ukrainy Leonida Krawczuka, to posądzono mnie o niedorzeczność i bujną fantazję. Niestety nasz Pan Kwaśniewski, Parlament, Premier, a nawet Prymas, unikają tej problematyki i nigdy tego nie powtórzyli, co wypowiedział Krawczuk.

Dnia 18 lutego 1998 r. zwróciłem się do Ambasady Ukrainy w Warszawie z prośbą o umożliwienie usunięcia z obelisku na zbiorowej mogile sowieckiej gwiazdy i przewrotnego napisu. Proponowałem umieścić krzyż i tablicę, że pomordowano mieszkańców Łozowy (a nie nasiedleńców) 94 Polaków, 12 Ukraińców i 1 Rosjanina oraz podać prawdę, kto tego dokonał. Dnia 28 lutego 1998 r. otrzymałem z ambasady odpowiedź, którą cytuję: „Ambasada Ukrainy w R.P. otrzymała Pański list w sprawie pamiętnika na cmentarzu greko-katolickim w Szlachtyńciach k. Tarnopola. Ponieważ decyzje w podobnych sprawach podejmują władze lokalne, Ambasada przekazała Pański list Przewodniczącemu Ternopilskiej Obwodowej Administracji Państwowej, panu Bohdanowi Bójko,  z prośbą o powiadomienie Pana o podjętej decyzji w tej sprawie". Podpisał Teodozij Starak, Radca Ambasady Ukrainy w Rzeczypospolitej Polskiej. Do dnia dzisiejszego nie otrzymałem żadnego zawiadomienia. Cieszę się, że Pan również jest zainteresowany tą sprawą. Skorzystam z doświadczeń Pana i rad.

Osobiście uważam, że ten sam oddział „Burłaky” napadł na Ihrowicę 24 grudnia 1944 r. i dnia 28/29 grudnia, na Łozowę. Zabijanie Polaków odbywało się jednakowymi metodami, tak w Ihrowicy, jak i w Łozowej. Starczyłoby batalionu wojska, by tę bandę zlikwidować, ale naszym sojusznikom na tym nie zależało, a wprost przeciwnie, rękami banderowców „zachęcili” Polaków do dobrowolnej ucieczki.

Jan Selwa - Wrocław

... Zainteresowałem się wiadomością o zamiarze wznowienia „Wspomnień z Ihrowicy”. Teraz przeczytałem książkę w całości. Poprzednio zapoznałem się z przebiegiem napadu. Czytając opis stosunków społecznych i budzenia się świadomości narodowej chłopów, odżyły moje lektury i doświadczenia. Jest na str.19 ciekawe przypomnienie stosunku obszarnika do narodowej świadomości chłopów. Takie postawy tłumaczą, dlaczego tak wielu Mazurów stało się Rusinami, a następnie Ukraińcami.

Czy w okresie międzywojennym nie było w Ihrowicy żadnej chłopskiej działalności opozycyjnej? Znam wydarzenia z czasu strajku chłopskiego w sierpniu 1937 roku w powiatach: podhajeckim i buczackim. Domagano się wolnych wyborów, powrotu do kraju więźniów politycznych z tzw. procesu brzeskiego (Witos, Kiernik, Bagiński, Korfanty).

Jak przedstawiała się w Ihrowicy sprawa szlachty zagrodowej? Nazwiska były przeważnie chłopskie, to pewnie nie szukano ludzi o rodowodzie szlacheckim. Wykazywanie takiego rodowodu miało obudzić u Ukraińców poczucie polskości. Te rachuby zawiodły, powstały tylko niesnaski między samymi Polakami. Cała ta akcja była dowodem wielkiej głupoty sanacyjnych rządców. W 14 pułku Ułanów Jazłowieckich we Lwowie był szwadron szlachecki. Wcielano do niego Ukraińców, których chciano nawrócić na polskość.

Jak w Ihrowicy przyjęto wiadomość o śmierci „Wożdia” - Jewhena Konowalca, którego rozerwała bomba w Rotterdamie 23 maja 1938 r. W moich stronach (pow. Podhajec) zapanowała powszechna żałoba, którą demonstrowali młodzi. Świadczyło to o wpływach OUN. Może Pan nie zwrócił uwagi. Przy okazji proszę zapytać innych. Nie wykluczam, że w Ihrowicy to wydarzenie mogło minąć bez echa.

Jeśli są możliwości, należałoby więcej napisać o zachowaniu się Ukraińców w jesieni 1939 r. Jakie sztandary wystawiano na powitanie Armii Czerwonej? Czy były w okolicy wypadki mordów Polaków, zwłaszcza żołnierzy uciekinierów, rabunku, odzierania żołnierzy z mundurów?

Z okazji rocznicy wybuchu wojny puszczano w obieg wiele kłamstw, jak to dzielni Ukraińcy walczyli w obronie Polski. Katolicki „Tygodnik Powszechny” wydał specjalny dodatek pt. „Apokryf”,

w którym zamieszczono artykuł Bohdana Osadczuka. Napisał on, że w obronie Polski uczestniczyło 135 tys. Ukraińców (15 % składu całej armii) i ani jeden nie zdezerterował. Bezczelność tego kłamcy przechodzi wszelkie granice. Publikowanie tego przez „Tygodnik Powszechny” ma swoją wymowę.

Zrozumiałem, że 10 lutego wywieziono ciotkę Teklę, która obydwoma rękami głosowała za wypędzeniem osadników. To głosowanie na wsi pozostawało w związku z uchwałą Ukraińskiego Zgromadzenia Narodowego z 28 października 1939 r. we Lwowie. Pisałem o tym w nr. 37 „Na Rubieży” w artykule pt. „Strzelano tylko do świń”.

Napisał Pan, że dowódcą napadu na Ihrowicę był Wołodymyr Jakubowskyj „Bondarenko”. To nie jest całkiem pewne ... Mam dane ze sprawozdania sztabu „Łysonia” (12 tom „Litopysu UPA”), że w ostatnich dniach grudnia 1944 r. w okolicy Tarnopola operowała sotnia „Burłaky” zorganizowana w sławentyńskim lesie (tam mieściło się dowództwo i sztab „Łysonii”). Sotnią dowodził „Czornyj” (Iwan Semczyszyn), który w 1941 r. był w batalionie Nachtigal. Według powołanego sprawozdania, sotnia „Burłaky” 28 grudnia 1944 r. rozbiła bolszewicki ośrodek w Łozowej k. Tarnopola. Mordowano tam wszystkich napotkanych jak w Ihrowicy, a działo się to cztery dni później. Myślę, że działała ta sama sotnia ....Na stronie 71 zamieścił Pan odezwę Kowalenki, okropnie zredagowaną. Tyle w niej błędów, że to mi pachnie jakimś falsyfikatem .... Znam z tego okresu kilka odezw Tymoszenki, dowódcy frontu Ukraińskiego, którego wojska zajmowały nasze tereny. Są napisane całkiem znośnym językiem. To samo dotyczy gazety, której pierwszy numer ukazał się chyba 18 września. Na szczególną uwagę zasługuje odezwa Tymoszenki z 5 października 1939 r., w której zapowiedziano odpowiedzialność nacjonalistów ukraińskich za urządzane pogromy Polaków

Mieczysław Dec - Rogoziniec

... Od kolegi Piotra Beja z Warszawy otrzymałem kserokopię Pańskiego artykułu zamieszczonego w Zielonym Sztandarze Nr 32 z dnia 8.08 1999 r. Artykuł przeczytałem z zainteresowaniem, bo pamiętam ten dzień, kiedy w Załoźcach, już po spaleniu naszej wsi Milno, mieszkałem u rodziny ukraińskiej - ale poczciwej. Gospodarz p. Topornicki w dzień Bożego Narodzenia 1944 r. oznajmił nam Polakom - a mieszkało u niego około 30 osób - że w nocy był napad na Ihrowicę.

Byłem w Ihrowicy po napadzie i widziałem Waszą tragedię. Dziś, wierzyć się nie chce, że tak było i zrobili to ludzie. Trzeba nam o tym mówić, żeby nie poszły te wydarzenia w zapomnienie.

Dowiedziałem się też od kolegi Beja, że jest książka o tragedii ihrowickiej, ale moje poszukiwania nie dały rezultatu. Proszę więc

o pomoc w nabyciu.

Moje wspomnienia są opisane w pracach Edwarda Prusa i w „Głosach Podolan”. W 1994 r. w 50. rocznicę napadu UPA na Milno wmurowaliśmy tablicę pamiątkową w Rogozienieckim kościele. Była to podniosła uroczystość, gdyż zjechali się dawni mieszkańcy Milna z całej Polski.

Od dwóch lat nie mogę uczestniczyć w spotkaniach Kresowian, poniewż tracę wzrok. Poruszam się tylko z przewodnikiem. Siedzę więc w domu, pisuję listy do kolegów Kresowiaków i otrzymuję od nich.

Pochodzę z Milna-Bukowiny. Byłem tam dowódcą polskiej samoobrony. Przyboczny Konspiracyjnej Drużyny Harcerskiej im. „Orląt Lwowskich” w Milnie. Jednocześnie „Istrebok” II uczastka w Załoźcach. Rocznik 1927.

Jak najserdeczniej pozdrawiam kolegę i wszystkich Ihrowiczan.

 

Bogna Lewtak-Baczyńska - Warszawa

Jestem wstrząśnięta Pana książką, którą przeczytałam jednym tchem. Wiedziałam z opowieści mojej rodziny, która pochodzi z Wołynia, o strasznych zbrodniach Ukraińców na Polakach i czytałam, z powodu martyrologii wojennej mojej rodziny, ogromną ilość książek z czasów II wojny światowej. Uważam, że ciężki uraz wojenny moich rodziców i dziadków przeniósł się na psychikę mojego, urodzonego już po wojnie, pokolenia. Nigdy jednak do tej pory nie zetknęłam się z tak bliską relacją w formie książkowej naocznego świadka tragicznych wydarzeń na Kresach Wschodnich. I tak jak piszą do Pana ludzie, którzy znają te czasy i przeżyli te tragedie, tak i ja, mimo że z pokolenia powojennego, płakałam czytając Pana książkę ....

Jestem Panu wdzięczna, że nie pozwolił Pan, aby tragiczne losy tych niewinnych ludzi odeszły w niepamięć. Właśnie z tych względów czuję w obecnych czasach zagrożenie dla naszej państwowości, bytu narodowego i tradycji.

Z pobudek patriotycznych odkupiłam w Pożogu dom swoich dziadków i umieściłam tablicę pamiątkową, bo uważam, tak jak Pan, że nie możemy pozwolić, żeby męczeństwo naszych rodzin, niewinnych, wartościowych ludzi uszło w zapomnienie.

Jak Pan wie, mój dziadek z babcią Lewtakowie, zostali przez Gestapo zakatowani za udział Ich dzieci w ruchu oporu. Nazwisko panieńskie Lewtak pozostawiłam sobie ze względu na martyrologię i marzenia moich dziadków, o których - i Ich martyrologii – tylko słyszałam. Podobno marzyli, aby Ich dzieci i wnuki były wykształcone.

Przyślę Panu moje płyty poświęcone pokoleniu wojennemu. Teraz przygotowuję płytę opartą na przepięknych poezjach patriotycznych, do mojej muzyki i w moim oraz mojej rodziny wykonaniu. System nagrań, który nieopatrznie wybrałam, wymaga ode mnie tak wielkiego wysiłku, że aż się boję, czy podołam. Wybieram ten repertuar z poczucia zagrożenia wartości narodowych i z lęku przed zatarciem i zapomnieniem naszej historii, męczeństwa i kultury. Mam nadzieję, że na tej lub na kolejnej mojej płycie również będę mogła umieścić - jak poprzednio - zbiorową dedykację. Rzadkość i trudność komponowania i wydawania płyt nie stwarza możliwości na oddzielne dedykowanie każdemu. Bardzo pragnęłabym w przyszłości zadedykować którąś z moich płyt, m.in. Polakom z Ihrowicy i Kresów Wschodnich. Chciałabym też zadedykować coś Niemcowi, który ratował Polaków i Żydów w II wojnie światowej i zginął męczeńską śmiercią w łagrze rosyjskim w 1952 r.

Rodzina mojej mamy pochodziła z Wołynia. Dziadzio Aleksander Szuch, ułan, bohater walk w 1920 r. odznaczony srebrnym krzyżem Virtuti Militari V klasy, przeczuwając niebezpieczeństwo faszyzmu radzieckiego i ukraińskiego oraz początku II wojny światowej, ostatnim pociągiem przed konfliktem zbrojnym wywiózł z majątku na Kresach swoją żonę Irenę i ich dzieci - w tym moją Mamę, wtedy 10-letnią dziewczynkę oraz jej 11-letniego brata. Później Mama była łączniczką z Batalionu „Parasol” i „Żywiciel” z Powstania Warszawskiego, a jej brat - powstańcem z Batalionu „Parasol", a potem żołnierzem z ochrony „Niedźwiadka” – Okulickiego, który po wojnie przez zieloną granicę na zawsze uciekł z Polski. Dziadzio Aleksander Szuch był również w AK, ratował Żydów, złapany i katowany na Szucha. Robiono na nim doświadczenia w Oświęcimiu. Więziony był w Polsce powojennej. Umarł mając 97 lat w 1990 roku. Siostra mojej babci Tkaczyńskiej, Maryla Tkaczyńska-Szmidt m.in. w czasie wojny w szpitalu w Tarnopolu ratowała rannych żołnierzy, musiała jednak uciekać przed aresztowaniem NKWD.

Rodzina mojego męża pochodzi ze Lwowa. Jest spokrewniona z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim. Dziadek mojego męża uciekł przed rzezią UPA w przebraniu Hucułki.

Jestem z ogromnym szacunkiem dla Pana pracy upamiętnienia tych przerwanych tragicznie istnień ludzkich, aby je ocalić od zapomnienia. I bardzo za to Panu dziękuję. Namawiam od wielu lat moją mamę, aby spisała to, co pamięta z Kresów, o Powstaniu, o wojnie i rzeczywistości powojennej, która i przedtem i teraz nie jest podawana zgodnie z faktami. Zawsze się ją naginało i nagina, bo ma to czemuś służyć, raz słusznej raz niesłusznej sprawie, a ja uważam, że dla żadnej racji nie można zafałszowywać faktów, bo ma to daleko idące konsekwencje, które nie zawsze można przewidzieć.

Podobno ostatnim rozkazem dowództwa AK było, aby patrioci polscy wtopili się głęboko w struktury PRL, aby nadać im ludzki charakter i pomóc nam przetrwać. Nowa Polska powstała na skutek paktu jałtańskiego. Jak można teraz Naród, który przetrwał takie cięgi i martyrologie z każdej strony, w tym i w czasach stalinowskich, odsądzać od czci i wiary, że żył i przetrwał, a nawet że się rozwijał w PRL. To było nasze główne patriotyczne zadanie, przynosić Polsce chwałę i poprawę bytu oraz rozwój kultury i świadomości narodowej. Im więcej osiągnięć zawodowych, tym lepiej było Polakom.

Wielu osobom pożyczyłam Pana książkę, również księżom i artystom. Ze swojej strony pozwalam sobie przesłać Panu książkę - do której projektowałam okładkę – „Żubry na Żoliborzu. Wspomnienia żołnierzy Powstania Warszawskiego” Zdzisława Grunwalda „Zycha”, w której są również wzmianki o mojej Mamie (m.in. na str. 193, 203, 218) i bliskich jej osobach. W książce tej jest straszliwy fragment poświęcony martyrologii ludności cywilnej w dniu 19.09.1944 r. mordowanej przez wojska niemieckie, a w ich ramach przez szczególnie bestialskie i okrutne oddziały ukraińskich kolaborantów.

 

Władysław Żołnowski - Opole

.... Pańska publikacja jest dobrze i rzetelnie napisana. To uderza, daje znać na każdej stronie. Szczególnie uderzające jest ukazanie wzrastania i zakorzeniania się na kresach tej społeczności polskiej, o której Pan pisze. Jej rozwój cywilizacyjny i kulturalny, wiara, która wraz z miłością do ziemi czyniła cuda. Na przykładzie życia społeczności ihrowickiej i z okolicznych miejscowości ukazał Pan, jak powstawała rubież Rzeczypospolitej, przybliżył Postacie, które najbardziej przyczyniły się do rozwoju tej społeczności, zarówno te z Pana rodziny, jak i z innych rodzin. A kapłani polscy? Są w moim odbiorze ukazani autentycznie i prawdziwie, jak bohaterowie naszej Wiktorii na Kresach! Takimi naprawdę byli.

Trochę w Pańskiej książce brakuje mi realiów i szczegółów tego, co się stało w Wigilię 1944 roku w Ihrowicy. One są w relacjach niektórych osób, ale czuję niedosyt ....

Ogólnie oceniam Pańską publikację wysoko, tak z powodu zgromadzonego materiału, jak i sposobu opracowania.

 

Henrietta Nowakowski - Dearborn Heights, Michigan USA

Rok temu przysłano mi książkę pt. „Wspomnienia z Ihrowicy na Podolu”. Rodzina męża, jak też i mój mąż śp. Stanisław Nowakowski, mieszkali w Ihrowicy na kolonii Korczunek od 1929 r. do chwili wywozu na Syberię, tj. 10 II 1944 r. Ponieważ znałam wioskę tylko ze skąpych opowiadań męża, książka była dla mnie lekturą fascynującą. Zrozumiałam wiele szczegółów, których przed przeczytaniem nie rozumiałam. Jestem Panu za to bardzo wdzięczna.

Mąż mój Stanisław zmarł w lipcu 1997 r. Służył w lotnictwie od 1939 r. Gdy wojna wybuchła stacjonował na Okęciu. Przez Węgry uciekł do Francji. Z pierwszą grupą lotników w 1940 r. znalazł się w Anglii. Tam służył w dywizjonie bombowym 300, jako mechanik, aż do zakończenia wojny. Nie doczekał Zjazdu Lotników w I998 r., ani też wycieczki do Ihrowicy planowanej na sierpień 1997 r.

Ja natomiast uczestniczyłam w Zlocie Dęblińskim jako gość. Jestem rodowitą amerykanką, pobraliśmy się w Detroit w 1954 r. W Dęblinie próbowałam odnaleźć Pana, ale dopiero w chwili odjazdu otrzymałam Pana adres. Żałuję, że nie mogłam się z Panem zobaczyć.

Będąc w Polsce w zeszłym roku, odwiedziłam rodzinę męża, która osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych. Podałam kopię książki szwagrowi, który mieszkał w Dubowcach. Nazywa się Stefan Kozak. Czytał ją z wielkim zainteresowaniem i wzruszeniem.

Jak wspomniałam, rodzina męża została 10 listopada 1940 r. wywieziona na Syberię. Na str. 75 pisze Pan, że zostało wywiezionych 5 osób. Wywieziono tylko ojca Franciszka, matkę Karolinę i brata Franciszka, który miał wówczas 14 lat. A więc trzy osoby nie pięć, bo obie siostry mieszkały poza Ihrowicą. Ojciec zmarł na Syberii, gdzie pogrzebał go młody Franio, a matka zmarła w Teheranie. Powodem śmierci była gangrena nogi z powodu odmrożenia.

Odwiedziłam w zeszłym roku Lwów, z którego pochodzili moi rodzice, ale nie udało mi się pojechać do Ihrowicy z powodu niebezpieczeństwa. Co Pan o tym sądzi? Czy miał Pan okazję po wojnie odwiedzić strony rodzinne. Jeśli Pan może, proszę o odpowiedź.

 

Pani Pilichowska - Szczecin

     Serdecznie dziękuję za list i książkę. „Wspomnienia” napisane są pięknie. Przedstawione w nich wydarzenia wprost porażają swoim tragizmem i stanowią cenne świadectwo bolesnej prawdy.

     Oby nasze wnuki nigdy nie zetknęły się z tak bestialską i niczym nie usprawiedliwioną nienawiścią! Raz jeszcze dziękuję ...

DALEJ