- Historykom trudno zrozumieć fenomen ukraińskiego podziemia. Wasze struktury, pozbawione pomocy z zewnątrz, wybrały walkę zbrojną, która od początku nie dawała jakiejkolwiek szansy na zwycięstwo. Co skłoniło kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) do podjęcia takiej decyzji ?
Przed
każdą
podziemną organizacją staje problem wyboru nie tylko
koncepcji politycznej, ale i strategii psychologicznej. Bez takiego
wyboru nie ma po co rozpoczynać walki. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego,
co oznacza wystąpienie z bronią w ręku przeciwko imperium sowieckiemu.
Ale dla nas, Ukraińców - narodu bez własnego państwa - w
chwili,
gdy pojawił się cień szansy na wyzwolenie, nie istniało pytanie, jaki
jest sens składania ofiar. Pytanie brzmiało: w jakich oddziałach
Ukraińcy mają walczyć i ginąć? Czy w szeregach dywizji SS "Hałyczyna",
czy w Armii Czerwonej? To były dla nas pytania fundamentalne.
Kierownictwo organizacji podjęło decyzję, że należy walczyć pod własnym
sztandarem, w imię własnych idei. Zakładaliśmy, że jeżeli nie dożyjemy
do zwycięstwa, przekażemy ideę walki następnym pokoleniom. Stanęliśmy
wobec problemu walki nie tylko o terytorium, ale i o duszę narodu -
walki o przebudzenie świadomości narodowej. Potrzebna była nam wizja.
Braliśmy przykład z Irlandii, która sto lat walczyła z
imperium,
z Greków, którzy powstawali przeciwko panowaniu
tureckiemu. Przykłady trzech polskich powstań i polskiej determinacji w
1918 roku też były dla nas nauką. Wiedzieliśmy, że bez walki i ofiar,
bez rozbudzenia wśród Ukraińców świadomości
państwowej,
nie może być mowy o niepodległości. - Część
pana aktywności w podziemiu była ściśle związana z
terenami
etnicznego pogranicza, zamieszkanego zarówno przez
Polaków, jak i przez zróżnicowaną pod względem
stopnia
świadomości narodowej ludność ukraińską. - Na czym koncentrowała się działalność Prowidu na ziemi
przemyskiej? - Ukraińskie podziemie miało więc konkretne plany budowy
wspólnego z Polakami frontu przeciwbolszewickiego. Na ile
udało
się je zrealizować? - Na temat kontaktów polskiego i ukraińskiego podziemia
ukazało
się kilka wartościowych artykułów i publikacji, m. in.
książka
"Pany i rezuny" Rafała Wnuka i Grzegorza Motyki. Szczegóły
dotyczące prób budowania współpracy pomiędzy WiN
[3]
a UPA
są w Polsce coraz lepiej znane. A jaki był stosunek ukraińskiego
podziemia do żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego? - Czy UPA w początkach drugiej bolszewickiej okupacji Ukrainy
liczyła
na trzecią wojnę światową? - Po przesiedleniach na Ukrainę ukraińskie podziemie na
terenach Polski
stanęło wobec nowego zagrożenia, jakim było rozpoczęte 28 kwietnia 1947
- w ramach akcji "Wisła" - przymusowe przesiedlenie ludności
ukraińskiej na ziemie poniemieckie. Jaki wpływ miała ta akcja na dalsze
możliwości waszego działania? - Co zadecydowało o tym, że pomimo zastosowania przez
Sowietów represji na ogromną skalę, wasza walka trwała tak
długo?
Naszym głównym
problemem był ukraiński kompleks, który
można nazwać rodzajem politycznego zniewolenia. Gdy zabierano
Ukraińców do obcych armii, ci godzili się z tym,
mówiąc
"co możemy zrobić?", natomiast gdy przyszło stawać do walki o swoje,
zaczynały się problemy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że Ukraińcy brali
udział we wszystkich rosyjskich wojnach z Turcją, ze Szwecją, z
Niemcami, ginęły ich wtedy tysiące. W okresie wielkiego głodu w latach
1932-1933 zginęło 8 milionów Ukraińców. Gdyby
choć jeden
procent z tych, którzy wówczas zmarli, walczył
wcześniej
w oddziałach Petlury, wsparł w latach
1918-1921 walkę o państwo
ukraińskie, rezultat tej walki mógł być zupełnie inny.
Zgodnie z rozkazem
Romana Szuchewycza ("Taras
Czuprynka"), szefa
Prowidu (kierownictwa) OUN i głównodowodzącego Ukraińskiej
Armii
Powstańczej (UPA), jeszcze w 1943 roku znalazłem się na terenie ziemi
przemyskiej. Objąłem funkcję prowidnyka (kierownika) Okręgu
Przemyskiego. W jego skład wchodziły okolice Jarosławia i Przemyśla,
Łemkowszczyzna oraz obszary, które po roku 1944 stały się
częścią Ukraińskiej SSR, czyli tereny wokół Dobromila,
Niżankowic i Mościsk. Ziemia przemyska traktowana była przez nas jako
część ukraińskiego terytorium etnograficznego. Rozwój sieci
organizacyjnej OUN w tym rejonie nastąpił w okresie okupacji, kiedy te
tereny znalazły się w Generalnym Gubernatorstwie, struktury OUN
istniały tam jednak już na długo przed wojną. Po 1941 roku organizacja,
dzięki zaangażowaniu Szuchewycza oraz referenta do spraw
organizacyjnych Wasyla Kuka ("Łemisza"), znacznie się tu wzmocniła i
rozbudowała. To właśnie oni udzielili mi pierwszych dokładnych
informacji na temat tego terenu i jego specyfiki.
Naszym celem była walka o
niepodległe, zjednoczone państwo ukraińskie,
a naszym głównym wrogiem był rosyjsko-bolszewicki
imperializm.
Wspieraliśmy ideę walki o niepodległość wszystkich, którym
ten
imperializm zagrażał. Temu celowi służyła Konferencja Zniewolonych
Narodów, którą zorganizowaliśmy w 1943 roku.
Nasze
przesłanie do tworzenia wspólnego frontu walki z zagrożeniem
ze
strony ZSSR miało również stanowić ważną platformę do
budowania
współpracy z polskim podziemiem. Takie wytyczne otrzymałem
bezpośrednio od Szuchewycza. Na jednej z odpraw, w październiku 1943
roku, poświęcił on bardzo wiele uwagi sprawie relacji z Polakami.
Szuchewycz mocno akcentował wagę tego zagadnienia, często podkreślał:
"Dołóżcie wszelkich starań, by zlikwidować front
ukraińsko-polski". Ja miałem na ten temat własne zdanie i własne
doświadczenia: pamiętałem pacyfikacje, aresztowanie w 1939 roku i
dlatego dyskutując z Szuchewyczem, mówiłem mu: "Nie uda się
nam
uczynić Polaków naszymi sojusznikami, głównie
dlatego, że
nadal uważają nasze tereny za swoje". Do dziś pamiętam jego odpowiedź:
"Kropla wody, kapiąc na kamień, żłobi go nie siłą uderzenia, a dzięki
konsekwencji, z jaką to robi. Dlatego macie działać metodycznie, za
pomocą propagandy. Bolszewicy rozpoczną aresztowania polskich
patriotów, żołnierzy AK - wy natomiast proponujcie Polakom
współpracę i wspólną walkę ramię w ramię". W
następstwie
tych rozmów napisałem broszurę "Relacje polsko-ukraińskie".
Teraz pewne rzeczy ująłbym w niej inaczej, ale zaprezentowany tam
sposób myślenia, ocenę faktów historycznych,
podzielam
generalnie do dzisiaj. Nadal przekonany jestem, że walki
polsko-ukraińskie - od czasów wojen kozackich i ugody
perejasławskiej[1] - w ostateczności przynosiły
korzyść tylko naszym
wrogom.
- W praktyce nasze
działania zmierzały do uświadomienia celów
naszej walki polskiemu społeczeństwu. Po to wydawaliśmy ulotki i
tworzyliśmy sieć łączności na terenach rdzennie polskich, m. in. w
Krakowie i Warszawie. Po zakończeniu działań wojennych i ustaleniu
granicy ważnym obiektem naszej aktywności byli zagraniczni
korespondenci i zachodnie placówki dyplomatyczne. Do naszych
zadań należało przekazywanie im informacji na temat celów
walki,
prowadzonej przez ukraińskie podziemie, sytuacji na sowieckiej
Ukrainie, naszych dokumentów programowych. W języku polskim
wydaliśmy m. in. broszurę Jarosława Starucha "Nasza odpowiedź", w
której odpieraliśmy główne zarzuty, formułowane
przeciwko
naszemu ruchowi. Autor udowadniał na przykład, że oddziały dywizji
"Hałyczyna" nie brały udziału w pacyfikowaniu powstania warszawskiego.
Z ważniejszych prac, wydanych po polsku, warto też przypomnieć
"Bolszewicką demokratyzację Europy" Petra Dumy-Majewskiego. Literatura
ta rozsyłana była w szerokim zasięgu pod adresy różnych
polskich
środowisk, głównie inteligenckich. Oddziały UPA odbywały
rajdy
propagandowe również na terytorium Czechosłowacji.
W ten sposób
chcieliśmy, po pierwsze, przełamać blokadę
informacji, przeciwdziałać oskarżeniom oraz tendencyjnym informacjom. O
ukraińskich partyzantach mówiono i pisano przecież jako o
niedobitkach hitlerowskich kolaborantów, walczących ze
wszystkimi nacjonalistach. Po drugie, pragnęliśmy dokonać przełomu w
myśleniu Polaków - uświadomić im, że bez naszego sukcesu w
walce
o niepodległą Ukrainę niemożliwe będzie też powstanie niepodległej
Polski.
- Właśnie gdy skupiliśmy
się na akcji propagandowej i szukaniu
porozumienia z Polakami, rozpoczęła się akcja wysiedlania
Ukraińców do ZSSR. Ta akcja zniweczyła większość naszych
planów i zmusiła nas do zmiany sposobów
działania, w tym
do skoncentrowania się na walce zbrojnej i przeciwdziałaniu akcji
wysiedleńczej. Akcja ta przyniosła m. in. masowe mordy ukraińskiej
ludności cywilnej, których sprawcami byli i żołnierze
regularnej, podległej Warszawie armii, i członkowie podziemia, i
wreszcie zwyczajne bandy. Przypomnę tylko takie miejscowości, jak
Zawadka Morochowska,
Pawłokoma, Berezka. Gdy
mordy stały się rzeczą
codzienną, wydaliśmy odezwę do ludności polskiej, w której
przestrzegaliśmy przed konsekwencjami takich działań. Ale
zarówno Jarosław Staruch ("Stiah")[2], jak i
ja, byliśmy
przeciwko
wzajemnym rzeziom. Dysponowaliśmy wtedy na całym Zakerzoniu - na
odcinku od Chełma do Łemkowszczyzny - 18 sotniami UPA. Nasze
główne siły znajdowały się w Przemyskiem i w Bieszczadach.
Staraliśmy się wszelkimi
siłami powstrzymać narastającą w naszych
szeregach żądzę odwetu. Proszę nie zapominać, że w oddziałach byli
przede wszystkim ludzie z tamtych terenów. Dochodzące do
nich
wieści o pacyfikacjach, przymusowych przesiedleniach, paleniu wsi,
powodowały, że żołnierze rwali się do walki. Część z nich głośno
wyrażała niezadowolenie z faktu, że w czasie gdy giną ich bliscy,
dowództwo układa się z Polakami. Ten czynnik nie był bez
znaczenia. Staraliśmy się w miarę możliwości osłabiać te nastroje,
tłumaczyć, że naszym celem nie jest walka z Polakami i
wyrównywanie z nimi rachunków, lecz walka o
państwo
ukraińskie, a naszym głównym wrogiem są bolszewicy. W czasie
akcji odwetowych staraliśmy się karać wyłącznie sprawców
napadów na ukraińskie wsie. Staraliśmy się uniknąć
niepotrzebnych ofiar wśród polskiej ludności cywilnej. Tak
było
np. w czasie akcji sotni "Hromenki" na wieś Dylągowa. Usiłowaliśmy
również wyjaśniać nasze cele na spotkaniach z polską
ludnością.
Zapamiętałem jedno z takich spotkań w Rybotyczach koło Przemyśla.
Przemawiał wtedy nasz politwychownyk "Wadym" (Jarosław Pycio),
który był fanatykiem współpracy
polsko-ukraińskiej -
inteligentny, przekonujący.
Taka postawa nie
pozostała bez odpowiedzi ze strony polskiego
podziemia. 29 kwietnia 1945 r. we wsi Siedliska miało miejsce spotkanie
rejonowego prowidnyka OUN "Borysa" oraz "Arkadija" (Iwana Krywuckiego)
z kapitanem AK "Drażą" (Draganem Sotiroviciem). Podjęto wtedy decyzję o
zaprzestaniu wzajemnych ataków i nawiązaniu bezpośredniej
współpracy na tym terenie pomiędzy polskim i ukraińskim
podziemiem. Później były następne spotkania, m. in. w Rudzie
Różanieckiej, z udziałem Jurija Łopatyńskiego,
który
przybył tam specjalnie z zagranicy, z pełnomocnictwami do
rozmów
ze strony głównego dowództwa UPA.
- Traktowaliśmy ich
podobnie, jak na Ukrainie żołnierzy Armii
Czerwonej. Mieliśmy świadomość faktu, że większość z nich znalazła się
w szeregach wojska w wyniku przymusowego poboru. Widzieliśmy, że
znalazło się tam wielu członków podziemia,
głównie z AK.
Staraliśmy się nawiązać z nimi kontakty. W wielu przypadkach to się
udawało. Dochodziło do nawiązania ściśle zakonspirowanych relacji
między naszymi strukturami a Polakami, nieraz piastującymi ważne
funkcje, głównie jednak na szczeblu lokalnej administracji.
Niedawno w archiwum w Kijowie znalazłem szereg sprawozdań
różnych struktur UPA z tego terenu, gdzie wspomina się o
takich
kontaktach.
Nie należy jednak
zapominać, że zarówno w wojsku i milicji, jak
i w społeczeństwie, dominowały nastroje antyukraińskie. Rzutowały one
na postrzeganie naszej walki przez Polaków. Większość z nich
uwierzyła w propagandę, mówiącą, że naszym celem jest
wyłącznie
walka z Polakami i oderwanie pogranicznych terytoriów od
Polski.
Nie chciano dostrzegać faktu, że walczymy nie tylko na tych 20 tys. km
kwadratowych - na ziemiach, które weszły w skład powojennego
państwa polskiego - lecz także na rozległych terytoriach Ukraińskiej
SSR. Dlatego działania władz, skierowane przeciwko Ukraińcom i
ukraińskiemu podziemiu, znajdowały na ogół poparcie
polskiego
społeczeństwa.
Mieliśmy pełną świadomość
tego, że władze będą w stanie osiągnąć
zamierzony cel i przesiedlić większość Ukraińców do ZSSR.
Postanowiliśmy jednak podjąć nierówną walkę, bo takie były
nastroje Ukraińców - ludzie chcieli się bronić przed
wyjazdem.
Zakładając, że przesiedlenie zostanie dokończone, planowaliśmy
przerzucenie wszystkich naszych oddziałów przez granicę na
wschód, w celu prowadzenia dalszej walki. Nie zamierzaliśmy
uciekać na Zachód, miały tam iść wyłącznie te sotnie,
które przygotowywano do przekazywania informacji o naszej
walce.
Na Zakerzoniu mieli pozostać nieliczni, głównie w celu
podtrzymywania łączności z Zagranicznymi Oddziałami UHWR (Ukraińskiej
Głównej Rady Wyzwoleńczej) oraz kontynuacji akcji
propagandowej
wśród ludności polskiej.
Nasza akcja przeciwko
przesiedleniom do Ukraińskiej SSR rozwinęła się
najsilniej na Łemkowszczyźnie. Było to spowodowane zarówno
warunkami terenowymi (górskie, zalesione tereny sprzyjały
walce
partyzanckiej), jak i faktem, że w okresie okupacji niemieckiej
znacznie wzrosła tam świadomość ukraińska. Ponadto ludzie z
gór
byli mocno, bardziej niż mieszkańcy terenów podmiejskich,
związani z ojcowizną. Dla nich góry były wręcz świętością. I
z
takich ludzi zorganizowaliśmy 6 sotni, dodam - bardzo bitnych sotni.
Spotykałem się z nimi, z sotniami "Chrina", "Bira" i "Myrona", po 1947
roku w okolicach Sambora, gdy te oddziały przeszły granicę. Ich wsie
pozostały zgliszczami, rodziny porozrzucano po terytorium ZSSR i
Polski, ale oni dalej walczyli, bo wiedzieli, o co walczą. Byli częścią
ukraińskiej mitologii, w której Ukraina to ziemia, a ludzie
są
sercem tej ziemi.
- Dowództwo
UPA miało świadomość, że perspektywa trzeciej wojny
światowej jest odległa. Staraliśmy się natomiast często o tym wspominać
w naszej propagandzie. Robiliśmy nasłuch radiowy, redagowaliśmy
informacje o wydarzeniach na świecie, w których te wątki
były
silnie eksponowane. Chodziło nam głównie o budowanie i
podtrzymywanie morale prostego żołnierza. Nie można mu było
mówić, że nie ma szans na sukces, choć wszyscy zdawaliśmy
sobie
sprawę, że własnymi tylko siłami nie pokonamy takiej potęgi, jaką był
ZSSR. Potrzebna nam była jakaś realna perspektywa. Wiedzieliśmy jednak,
że nawet gdyby doszło do wojny, nasze szanse na wsparcie ze strony
państw zachodnich byłyby bardzo nikłe.
- Akcja "Wisła"
oznaczała wyludnienie wsi, realna stała się dla nas
wizja głodu. Od tego momentu głównym naszym pożywieniem były
kartofle, pozostawione na polach wysiedlonych wsi. Jednak właśnie na
tych polach wojsko urządzało często zasadzki. Z tamtego okresu
pochodziło powiedzonko: "zdobędziesz kartofle albo zginiesz w walce o
nie"[4].
Zgodnie z rozkazem, już w 1946 roku miałem opuścić te tereny i
przejść na sowiecką Ukrainę, jednak Staruch zwrócił się do
dowództwa z prośbą o pozostawienie mnie, ze względu na
rozpoczęcie akcji przekazywania materiałów ambasadom
krajów zachodnich i dziennikarzom, oraz ze względu na wagę,
jaką
Prowid przywiązywał do rozmów z polskim podziemiem. Pełniłem
wówczas funkcję zastępcy Prowidnyka OUN na Zakerzoński Kraj
do
spraw polityczno-propagandowych. Wczesną wiosną 1947 roku miałem
ostatecznie przejść na teren Ukrainy, jednak pokrzyżowała te plany
akcja "Wisła". Nie mogłem opuścić ludzi, czekałem więc w Przemyślu na
kontakt ze "Stiahem". Nie było to łatwe, gdyż łączność na terenie
Polski była utrudniona przez działania wojska. 1 maja wydałem odezwę do
żołnierzy i ludzi z siatki cywilnej OUN, w której
nawoływałem
ich do trwania na swoim terenie, bo przejście przez szczelnie pilnowaną
granicę na Ukrainę było ryzykowne. Wreszcie kurierka przyniosła mi
rozkaz od Starucha, z wyznaczonym miejscem spotkania. W sytuacji, gdy
wkoło pełno wojska, milicji, funkcjonariuszy UB, a w lasach obława za
obławą, droga do kryjówki "Stiaha", która
mieściła się w
odległych o 70 km Lasach Manastyrskich, zajęła mi miesiąc: wyruszyłem z
Przemyśla 27 maja, na miejsce dotarłem zaś pod koniec czerwca. Po
drodze zginął w obławie komandyr "Kora", który po spotkaniu
ze
Staruchem przedzierał się do przebywającego w Niemczech Stefana
Bandery. Nam udało się przebić. Potem jeszcze trzy tygodnie czekałem w
leśnej kryjówce na łączników od Krajowego
Prowidnyka.
Na spotkaniu ze
Staruchem, po dokonaniu oceny sytuacji, zdecydowaliśmy
że w Przemyskiem pozostanie nadrejonowyj prowidnyk "Taras" (Petro
Kałuza), a jego ludzie będą podtrzymywać łączność z Ukrainą, z Zachodem
oraz z zakonspirowanymi strukturami na terenie centralnej Polski. Na
terenie Polski mieli krótko pozostać dowódca UPA
w VI
Okręgu "San" Myrosław Onyszkewycz ("Orest") oraz szef Służby
Bezpieczeństwa "Dalnycz" (Petro Fedoriw). Część sotni - najbardziej
karne oddziały - miała przejść na Zachód. Nie chcieliśmy
sytuacji, w której wygłodzeni partyzanci, znalazłszy się na
terenie Czechosłowacji, będą się dopuszczać rabunków.
Wiedzieliśmy, że zostanie to wykorzystane przeciw nam.
My postanowiliśmy
przebijać się na wschód. Nie mogliśmy
pozostawić samym sobie tych, którzy nadal walczyli na
Ukrainie -
byliśmy częścią OUN i UPA. Mieliśmy świadomość, że na Ukrainie warunki
walki są cięższe, padają większe ofiary. Po spotkaniu ze Staruchem
[5]przeszliśmy
granicę we wrześniu 1947 w okolicach Arłamowa. Wraz ze mną
przeszli "Hryhor", rejonowi prowidnycy, sotnie łemkowskie i czota z
sotni "Łastiwki". W tym czasie mieliśmy trzy kanały przerzutowe na
Ukrainę, obsługiwane przez specjalne bojówki: jeden na
wysokości
Rawy Ruskiej, drugi w Przemyskiem, trzeci na wysokości Sambora. My
przeszliśmy "kanałem przemyskim", który obsługiwała
bojówka "Sokoła". Dowódca i jego ludzie
pochodzili z
okolic Dobromila, znali tam każdą piędź ziemi, ścieżkę czy kawałek
lasu. Dlatego - pomimo zasieków, pułapek i licznych patroli
-
udało nam się przejść granicę bez problemów. W rejonie Skola
spotkałem się z "Połtawą" i "Horbowym" (Osyp Diakowy). Moja walka
trwała jeszcze pięć lat.
- Podstawą naszego oporu
było poparcie ludności. Podam tylko jeden
przykład. W 1952 roku odbywałem naradę z szefami rejonów
Kowel,
Łuck i Równe. Łącznicy przyprowadzali ich i odprowadzali
pojedynczo, gdyż w każdej chwili musieliśmy brać pod uwagę możliwość
aresztowania. Po odejściu ostatniego gospodarz, w którego
domu
półtora metra pod ziemią była kryjówka,
przychodzi do
mnie i mówi: - Złapano "Antona". KGB starało się wtedy łapać
partyzantów żywcem i wszelkimi metodami wydobywać z nich
informacje. Dodam tylko, że to "Anton" przyprowadził mnie i rejonowych
prowidnyków do tej kryjówki. Pytam więc
gospodarza: - Ile
stąd do lasu? - 12 kilometrów. - Można przejść
niepostrzeżenie?
- Nie. I rzeczywiście, w zimie, na otwartej przestrzeni, nie miałbym
żadnych szans. Co robić? Chłop po namyśle mówi: - Jak
przyjdą,
zginiemy wszyscy. Trzeba wierzyć, że "Anton" nie wyda. W końcu
zdecydował, że zostaniemy u niego do wieczora. Ten człowiek miał
czwórkę małych dzieci. Proszę sobie wyobrazić, jak mocno
musiał
wierzyć w sens naszej walki! Takich przykładów było więcej.
Ci
ludzie, którzy po przeprowadzeniu kolektywizacji często
nawet
nie byli w stanie nas nakarmić, nie odmawiali nam pomocy, choć
wiedzieli, czym ta pomoc groziła. Tak było jeszcze w latach
pięćdziesiątych. Współczesnym pokoleniom nieraz trudno to
zrozumieć.
Rozmawiali Iza Chruślińska i Piotr Tyma
Wasyl Hałasa, ps.
"Orłan" ur. w 1920 r. we wsi Białokrynica w
powiecie Podhajce. Od 1937 r. w konspiracyjnej OUN. W maju 1939 r.
aresztowany przez władze polskie, zwolniony z więzienia 17 września. W
grudniu 1939 r. ponownie aresztowany, tym razem przez NKWD, zwolniony w
maju 1940 r. W tym roku bolszewicy aresztowali jego matkę,
którą
w 1941 r. wywieźli na Syberię, gdzie zmarła. Od grudnia 1940 roku
działa w konspiracji, wykonując m.in. funkcję okręgowego prowidnyka OUN
w powiecie Czortków. W latach 1943-1947 w strukturach OUN,
działających na obecnych terenach Polski. Do 1945 r. pełnił funkcje
szefa Okręgu Przemyskiego OUN. Od 1945 do 1947 zastępca szefa OUN na
Kraj Zakerzoński. W latach 1947-1953 szef OUN Okręgu
Północno-Zachodniego, wykonywał również funkcję
dowódcy UPA-Pólnoc, kierując walką podziemia na
terenie
obwodów: wołyńskiego, rówieńskiego oraz
żytomierskiego i
kijowskiego. W UPA dosłużył się stopnia pułkownika. Od lata 1950 r.
członek Centralnego Kierownictwa OUN. Aresztowany 11 lipca 1953 r. w
okolicach Krzemieńca przez specjalną grupę sowieckiego ministerstwa
bezpieczeństwa (MGB), więziony w więzieniu MGB w Kijowie do 1960 roku.
Mieszka w Kijowie.